Tag: gtd

KonMari wymiata!

Teraz! KonMari!

Jedną z ważniejszych pozycji wymienionych w bibliografii mojej książki „Teraz! Jak już dziś zmienić jutro?” jest poradnik „The Life-Changing Magic of Tidying Up” autorstwa japońskiej „perfekcyjnej pani domu” Marie Kondo. Wydawnictwo MUZA SA wydało go w tym roku w Polsce pod tytułem „Magia sprzątania”.

Szczerze polecam tę książkę wszystkim tym, którym przeszkadza otaczający ich bałagan.

Czytając „Magię sprzątania” doznałem nagłego olśnienia: przecież to jest GTD dla twojego dobytku!

Metoda Getting Things Done Davida Allena pozwala zapanować nad osaczającymi cię sprawami do załatwienia. Jak? Musisz precyzyjnie określić swój stosunek do każdej z nich.

Metoda KonMari Marie Kondo pozwala zapanować nad rzeczami, które rozłażą się po twoim mieszkaniu i wypełniają szafy. Jak? Musisz precyzyjnie określić, dla których z nich jest miejsce w twoim sercu. Pozostałe możesz bez skrupułów wyrzucić.

Widzisz podobieństwo?

Jeśli chcesz bezstresowo żyć, precyzyjnie określ swój stosunek do wszystkich spraw i do wszystkich rzeczy.

W metodzie KonMari najpierw w jednym miejscu gromadzisz przedmioty z danej kategorii (ubrania, książki, papiery, urządzenia elektroniczne, drobiazgi). Potem kolejno bierzesz je do ręki i oceniasz, czy są ci naprawdę potrzebne i czy ich obecność sprawia ci radość. Te, które pozostaną, starannie układasz w przeznaczonych dla nich szafach, szufladach i przegródkach.

I już!

Proste?

Proste!

Skuteczne?

W stu procentach!

Tyle do niezrobienia!

„Przyzwyczaj się do tego, że masz OLBRZYMIĄ listę rzeczy, których nie robisz.” – David Allen, twórca metody Getting Things Done (GTD)

Po co?

Po to, żebyś mógł się skupić na tym, co naprawdę jest najważniejsze. Na tym, co chcesz doprowadzić do końca, a nie tylko zacząć.

Jest wiele rzeczy, które wydają się ważne, ale wcale takie nie są. Błyszczą, przyciągając twój wzrok, ale gdy po nie sięgniesz, okazują się tylko okruchami potłuczonej butelki albo sreberkiem, w które kiedyś świstak zapakował czekoladę.

Długa lista „Może Kiedyś” to z jednej strony świadectwo twojej kreatywności, ale z drugiej dowód na to, że umiesz skoncentrować wysiłki na głównym kierunku swojego życiowego uderzenia. W ten sposób jesteś w stanie przełamać linię oporu rzeczywistości i dokonać rzeczy nieosiągalnych dla ludzi próbujących złapać wiele srok za ogon i tyleż wróbli na dachu.

Powodzenia!

Umowa „Może Kiedyś”

Kategoria „Może Kiedyś” jest moim zdaniem jednym z najlepszych elementów metody Getting Things Done (GTD) Davida Allena. Na liście „Może Kiedyś” gromadzisz wszystkie pomysły, na których realizację nie masz w najbliższym tygodniu czasu lub ochoty, a o których nie chciałbyś zapomnieć.

Dzięki „Może Kiedyś” odciążasz swój mózg od pamiętania o szczegółach swoich marzeń i przyszłych planów i pozwalasz mu się skupić na działaniach prowadzących do tego, co chcesz osiągnąć w pierwszej kolejności.

Ostatnio David Allen zasugerował, że każdy powinien „podpisać” swego rodzaju umowę z kategorią spraw „Może Kiedyś” – umowę o następującym brzmieniu:

Nie podejmę żadnych działań w celu realizacji jakiejkolwiek sprawy znajdującej się na mojej liście „Może Kiedyś”. Mogę jedynie regularnie ją przeglądać, żeby ocenić, czy coś się nie zdezaktualizowało lub czy coś nie zasługuje na aktywację (czyli przeniesienie na listę Projekty).

To mi się podoba!

Dlaczego?

Ponieważ, jak to lubi podkreślać David Allen:

„Tylko wtedy możesz ze spokojem czegoś nie robić, jeśli wiesz, że możesz tego nie robić.”

Szczególnie niebezpieczne jest mieszanie aktywnych Projektów z dodatkowymi pomysłami typu „Może Kiedyś”. Prowadzi to do paraliżu wykonawczego lub do niedotrzymywania terminów na skutek rozszerzania zakresu przedsięwzięcia (po angielsku zjawisko to określane jest mianem „feature creep” czyli „rozpełzanie się funkcjonalności”).

Rada na dziś?

Najpierw zrób coś wystarczająco dobrze, a dopiero potem to udoskonalaj!

Marsjanin GTD

Wielokrotnie słyszałem, że „Marsjanin” jest znakomitą książką. W obliczu zbliżającej się premiery opartego na niej filmu postanowiłem dłużej nie zwlekać. I nie zawiodłem się. W dwa dni połknąłem to, co urodziło się w głowie autora – Andy’ego Weira.

To jest nowy gatunek literatury! Nie fantastyka naukowa, nie powieść podróżnicza, nie thriller, ale połączenie tego wszystkiego w coś, co można byłoby nazwać przygodowym blogiem realistyczno-naukowym. Większość książki stanowią chronologiczne zapiski głównego bohatera (blog) opisujące jego zmagania z oporną marsjańską rzeczywistością. Właśnie: RZECZYWISTOŚCIĄ! To, co autor opisuje, albo już jest, albo będzie możliwe w najbliższych latach. Nie ma tu żadnych teleportacji, podróży w czasie, lotów z ponadświetlną prędkością czy rękawic antygrawitacyjnych. Jest natomiast biurokracja NASA i durne wymogi współczesnych mediów oraz świata polityki.

Nie wiem, jaki wyjdzie z tego film, ale moim zdaniem „Marsjanina” nie da się przełożyć na język obrazów. To dziennik zawierający zadziwiające przemyślenia, sprytne obliczenia i pełne cynicznego humoru monologi wewnętrzne Marka Watneya. Dlatego zanim pójdziesz na ten film, koniecznie przeczytaj książkę. To nie jest takie trudne. Czyta się ją jak ekscytujący blog podróżniczo-przygodowy.

Dla mnie, entuzjasty metody Getting Things Done (GTD) Davida Allena, „Marsjanin” ma jeszcze jedną zaletę: propaguje podejście GTD. Stąd tytuł tego wpisu: „Marsjanin GTD”. Otóż główny bohater radzi sobie z każdym problemem w następujący sposób: wyznacza cel, który chce osiągnąć (Pożądany Wynik), i skupia się na Najbliższym Działaniu zbliżającym go do tego celu. Dopiero potem zajmuje się określaniem kierunku dalszych prac. GTD w czystej postaci!

Jeśli mój entuzjazm jeszcze cię nie zaraził, może zachęcę cię następującym cytatem, który dobrze oddaje ton całej książki:

Tak, z każdą burzą nadchodzi nieuniknione Czyszczenie Ogniw Słonecznych. Uhonorowana czasem tradycja obchodzona przez prawdziwych Marsjan, takich jak ja. Przypomina mi czasy, gdy dorastałem w Chicago i musiałem łopatą odgarniać śnieg. Uznanie dla mojego ojca; nigdy nie mówił, że to po to, by wzmocnić mój charakter lub nauczyć mnie wartości ciężkiej pracy.

– Odśnieżarki są drogie – mawiał – a ty za darmo.

Raz próbowałem poskarżyć się mamie.

– Nie bądź takim mięczakiem – powiedziała.

[Andy Weir, „Marsjanin”, s. 162]