Teoria? Nie żartuj!

TEORIA

Oto kolejny, po ubiegłotygodniowym, wpis z cyklu „nie żartuj!”. Równie często jak o natchnieniu zdarza mi się słyszeć inne usprawiedliwienie:

Nie zabrałem się za to, bo nie zdążyłem przeczytać podręcznika.

Osoby, które tak się tłumaczą, święcie wierzą, że do wykonania zadania potrzebna jest im wiedza teoretyczna na poziomie co najmniej profesorskim. Sam miewam takie ciągoty. Czasami wydaje mi się, że przeczytanie lub choćby kupienie kolejnego podręcznika sprawi, że będę perfekcyjnie biegał, pływał, planował przedsięwzięcia, uprawiał pietruszkę lub redagował wpisy blogowe.

Co za bzdura!

Prawda jest taka, że amator czyta kolejne podręczniki, a profesjonalista bierze się do roboty.

Dlaczego?

Bo przedawkowanie teorii działa paraliżująco. Zamiast coś zrobić, zgłębiasz dobre i złe rady z trzeciej ręki i poznajesz tysiące przyczyn mogących sprawić, że poniesiesz porażkę. I po co ci to?

Teoria bez praktyki jest jak olbrzymi fundament bez ścian i dachu. Nie da się w takim domu mieszkać. Oczywiście ścian i dachu nie można stawiać na piasku, ale teoretycy zajmują się tylko wlewaniem betonu do dziury w ziemi.

Zatem… Do dzieła!

Praktyka czyni mistrza!

Teoria to ślad, który wszechświat zostawia w tobie. Praktyka to twój ślad we wszechświecie.

Doktor?

Z polskiej perspektywy wydaje się, że kryzys w służbie zdrowia jest naszym specyficznym problemem, kolejnym przykładem krajowej nieudolności lub wszechobecnych przekrętów. Tymczasem choroba ta w mniejszym lub większym stopniu toczy wiele wysoko rozwiniętych krajów, w których opieką medyczną objęto wszystkich, coraz dłużej żyjących obywateli. Rzemiosło uzdrawiania ludzi z konieczności przekształciło się w przemysł seryjnego traktowania standardowymi procedurami poszczególnych przypadków chorobowych.

Zagadnienie to porusza w swojej książce „Healing Is Possible” amerykański lekarz, doktor Neil Nathan, który tak oto opisuje proces doboru kadr w systemie opieki zdrowotnej:

Jest taki stary dowcip: „Jak należy zwracać się do studenta, który ukończył studia medyczne z najgorszym wynikiem?”. Odpowiedź brzmi: „Panie Doktorze”.

Medyczna profesja użyła wszelkich sił, żeby przekonać nas, że wybierając lekarza, który zdał egzamin przed szacowną komisją, ustrzeżemy się przed gorszą opieką. A prawda jest taka, że zdany egzamin lekarski w głównej mierze świadczy o umiejętności wypełniania testów wielokrotnego wyboru. Nie o zdolności do okazywania współczucia, dobroci, głębokości wiedzy czy umiejętności przekazywania skomplikowanych informacji i radzenia sobie z emocjonalnymi składnikami choroby.

[Neil Nathan, „Healing Is Possible”, Amazon Kindle location 457]

Wybieramy naszych studentów spośród kandydatów, którzy najlepiej radzą sobie ze zgłębianiem biologii, chemii, matematyki i nauk humanistycznych. Edukacyjny nacisk kładziemy na doskonalenie się w trudnych zagadnieniach, takich jak rachunek różniczkowy i fizyka, które, moim zdaniem, nie mają żadnego zauważalnego związku z praktyką medyczną. W ten sposób zachęcamy do zawodu lekarza tych, którzy mają skłonności do rozważań naukowych, a zniechęcamy tych, którzy bardziej zainteresowani są kontaktem z ludźmi.

[Neil Nathan, „Healing Is Possible”, Amazon Kindle location 465]

Natchnienie? Nie żartuj!

Bardzo często zdarza mi się słyszeć od znajomych (nie od podwładnych) następujące usprawiedliwienie:

Nie zabrałem się za to, bo nie miałem natchnienia.

I w wielu przypadkach osoby, które tak się tłumaczą, rzeczywiście wierzą, że do napisania raportu, pracy magisterskiej czy programu komputerowego potrzebny im jest jakiś szczególny stan ducha. Jakieś nadprzyrodzone objawienie.

Co za bzdura!

Prawda jest taka, że amator czeka na natchnienie, a profesjonalista bierze się do roboty.

Dlaczego?

Bo natchnienie czeka na okazję do działania, ale trzeba mu ją dać!

Ktoś spytał kiedyś Somerseta Maughama, czy pisze zgodnie z jakimś harmonogramem, czy też wtedy, gdy ma natchnienie.

– Piszę tylko wtedy, gdy mam natchnienie – odpowiedział pisarz. – Na szczęście natchnienie nawiedza mnie codziennie rano, punktualnie o dziewiątej.

Pablo Picasso stwierdził zaś: Gdy przychodzi natchnienie, zastaje mnie przy pracy.

Odnoszący międzynarodowe sukcesy polski oboista i kompozytor Wojtek Blecharz oświadczył w wywiadzie opublikowanym w Wysokich Obcasach 25 maja 2013 roku: Nie wierzę w wenę. Wierzę w systematyczną, intensywną pracę.

Chcesz więcej przykładów?

Po co?

Bo przyjemnie jest poodwlekać jeszcze trochę przystąpienie do działania?

Proszę bardzo, ale nie tutaj!

Tylko lenie czekają na natchnienie!