Gdybym miał więcej czasu…




Ludzie myślą, że gdyby mieli do dyspozycji więcej czasu, to pozbyliby się uczucia przytłoczenia nadmiarem spraw, które mają do załatwienia.

Niestety to tak nie działa. Dodatkowa godzina nie zmniejszy liczby rzeczy, które powinieneś, wypadałoby, mógłbyś lub chciałbyś zrobić.

Znana prawda mówi, że:

Każde praca zajmie ci tyle czasu, ile sobie dasz na jej wykonanie.

Oczywiście na krótką metę jesteś w stanie pokazać, czego możesz dokonać, dysponując dodatkowym wolnym czasem. Na przykład gdy odwołano zebranie, w którym miałeś uczestniczyć, możesz odpowiedzieć na kilka e-maili albo w przypływie twórczego natchnienia napisać parę stron dokumentacji.

Jednak na dłuższą metę wcale nie potrzebujesz większej ilości czasu. Istotą prawdziwej produktywności i sposobem likwidacji uczucia przytłoczenia jest:

  1. Zebranie w jednym miejscu wszystkich spraw, które nękają twój umysł.
  2. Określenie, które z tych spraw nie wymagają natychmiastowego działania.
  3. Skupienie się na realizacji Najbliższych Działań dotyczących tego, co najważniejsze i najpilniejsze.

Do tego właśnie służy metoda Getting Things Done (GTD) Davida Allena.

Marsjanie i nadludzie

„Przestaliśmy rozmawiać z ludźmi” – tak Platforma Obywatelska zdiagnozowała swoją porażkę w wyborach parlamentarnych. Kurczę blade! A w tym rządzie i tej partii to kto był? Marsjanie? Totalny odlot międzyplanetarny!

Obecny prezydent oparł swoją kampanię wyborczą na spotkaniach ze zwykłymi ludźmi. Głównym przesłaniem medialnym rządu Prawa i Sprawiedliwości jest „rozmowa ze zwykłymi ludźmi” i rozwiązywanie ich problemów. Dobra zmiana sprawiła więc, że Marsjanie przeszli do opozycji, a władzę przejęli nadludzie.

Bo czyż mówiąc „porozmawiam z tobą, zwykły człowieku”, nie sugerują oni, że sami są niezwykli? Czy nie stawiają się na piedestale?

Tymczasem każdy z nas jest na swój sposób niezwykły, a wielu mogłoby łatwo wykazać swoją wyższość nad osobami, które dziwnym zbiegiem okoliczności zostały wybrane lub mianowane na różne stanowiska. Ale nie to jest najważniejsze.

Problem w tym, że ci Marsjanie i nadludzie nie przyjmują do wiadomości tego, iż w państwie demokratycznym są tylko pracownikami zatrudnionymi przeze mnie, przez ciebie i przez wszystkich obywateli do administrowania naszym wspólnym majątkiem i naszymi sprawami. To, z całym szacunkiem dla tego zawodu, tylko zwykli administratorzy, z którymi podpisaliśmy umowy o pracę na czas określony.

Drodzy administratorzy! Nie wyjeżdżajcie mi tu z gadkami o rozmawianiu ze zwykłymi ludźmi, tylko bierzcie się do roboty, za którą wam płacę! Dbajcie o to, żebym miał dobry zwrot z kapitału, który wam powierzam w postaci podatków!

Mały kamyk, duży ból

33. Maraton Warszawski 2011
(photo by: Pani TesTeqowa)

Maraton.

Całkiem dobrze ci się biegnie.

Słoneczko świeci, lekki wiatr chłodzi twoją twarz, a wokół roześmiane towarzystwo zgodnie przemierza kolejne kilometry.

Nagle czujesz, że w lewym bucie coś zaczyna cię uwierać. Może jakiś kamyk do niego wskoczył, a może podwinęła ci się skarpetka? Nie zatrzymujesz się jednak i nie sprawdzasz, co się stało, bo nie chcesz na to tracić czasu. Zaczynasz tylko nieco inaczej stawiać stopę, żeby mniej odczuwać tę drobną niewygodę.

Po dwóch kilometrach twoje lewe kolano delikatnie daje ci do zrozumienia, że nie podoba mu się ten nowy sposób biegania. Dlaczego przy każdym kroku musi chronić twoją stopę, przyjmując nienaturalną pozycję? Buntuje się i zaczyna boleć. Przechylając się więc nieco w prawo, odciążasz je, ale nie zwalniasz tempa, żeby nie uciekły ci cenne sekundy…

Mijają kolejne kilometry i powoli twoje prawe biodro zaczyna ci przypominać o swoim istnieniu. W dodatku łapie cię bolesny skurcz łydki, który uniemożliwia ci dalszy bieg. Usiłujesz jeszcze ją rozciągnąć i rozmasować, ale to koniec. Siadasz załamany na krawężniku, zdejmujesz lewy but i widzisz, jak wypada z niego malutki kamyk – przyczyna całego nieszczęścia…

Ten wpis nie jest o bieganiu. Dotyczy on błędu, który powtarzamy przez całe życie z niezwykłą konsekwencją i samozaparciem.

Zamiast zająć się pierwotną przyczyną choroby, leczymy jej objawy. Zamiast zająć się kamykiem inicjującym lawinę, zajmujemy się doraźnym minimalizowaniem skutków jej zejścia.

Na przykład w pracy: jesteś szefem, ale gdy ktoś nie wykona zleconego zadania, wyznaczasz inną osobą, żeby zajęła się narastającym problemem. To z kolei powoduje opóźnienia w pozostałych przedsięwzięciach i coraz większe niedomagania całego organizmu firmowego.

Dlatego pamiętaj:

Zabij potwora, zanim urośnie!

Gdy tylko poczujesz, że coś cię uwiera w bucie, zatrzymaj się, znajdź przyczynę bólu i ją usuń.

Gdy ktoś nie wykona zadania, ustal, dlaczego tak się stało. Może rzeczywiście potrzebuje pomocy, a może jest po prostu zaciętym trybem, który trzeba wymienić dla dobra całego mechanizmu. Nie omijaj problemu, ale rozwiąż go tam, gdzie powstał.

Gdy konkurent wdziera się na twój rynek, nie lekceważ go, gdy jest jeszcze mały. Zastanów się, dlaczego udaje mu się odbierać ci klientów, i skoryguj swoją ofertę, póki cię na to stać.

Pamiętaj:

Zabij potwora, zanim urośnie!

Tafla wody




W dosłownym tłumaczeniu „Getting Things Done” oznacza „załatwianie spraw”. Jednak to nie załatwianie jak największej liczby spraw jest głównym celem metody Getting Things Done (GTD) Davida Allena. GTD stosują ci, którzy chcą osiągnąć stan Umysłu Jak Tafla Wody. Umysłu, którego nie mącą fale podświadomego niepokoju wynikającego z obawy, że zapomni o czymś ważnym lub przegapi jakiś termin. Umysłu gotowego do kreacji rzeczy nowych i skutecznej reakcji na to, czego nie dało się przewidzieć.

Z okazji śmigusa-dyngusa życzę ci posmakowania takiego właśnie stanu: stanu zrelaksowanej gotowości do działania czyli Umysłu Jak Tafla Wody.

Pierwszym krokiem do osiągnięcia tego celu będzie przeczytanie książki Davida Allena. Warto poświęcić kilka godzin, żeby odzyskać pełną moc swojego umysłu!