Kategoria: x-a-propos

i

Przechadzam się niekiedy po blogu Torlina [torlin.wordpress.com] i ostatnio bywająca tam ulotna_wiecznosc zaskoczyła mnie swoim oświadczeniem, że jest spójnikiem „i”.

Odpowiedziałem: Czasami, a właściwie bardzo często sobie żartuję, ale Twój komentarz głęboko mnie poruszył i zainspirował. Bycie spójnikiem łączącym ludzi z ludźmi, rzeczy z rzeczami, idee z ideami, pomysły z pomysłami… czyż to nie ideał szczęścia i spełnienia?

Tak to narodziły się zręby nowej, wspaniałej, łączącej ludzi i-deologii…

Ale, żeby nie bujać tylko w filozoficznych oparach, mam dla ciebie bardzo praktyczną radę związaną ze spójnikiem „i”.

Jestem pewien, że życie przekonało cię już do tego, iż otwarte przeciwstawianie się przełożonemu bywa bardzo niezdrowe. Tymczasem szef też jest człowiekiem i czasami może pozostawać w mniej lub bardziej mylnym błędzie. Co należy wówczas robić? Istnieją trzy wyjścia:

  1. Wojna religijna, czyli totalny atak mający na celu storpedowanie i zatopienie szefa razem z jego pomysłem. W tym przypadku nie używasz żadnych spójników. Wyciągasz zawleczkę, rzucasz granat, a następnie odbezpieczasz karabin i jedziesz serią od lewej do prawej. Ze wszystkimi takiego postępowania konsekwencjami.
  2. Opozycja, czyli użycie spójnika „ale”, żeby, wskazując błędy w rozumowaniu szefa, stworzyć poduszkę chroniącą twój tyłek, gdy planowane przedsięwzięcie zakończy się porażką. Wtedy będziesz mógł wyciągnąć ze skrzynki „wysłane” starą, zakurzoną korespondencję i z dumnie uniesioną głową powiedzieć: „A nie mówiłem?”. Oczywiście, jeżeli firma jeszcze istnieje, a ty w niej pracujesz.
  3. Koalicja, czyli użycie spójnika „i”, żeby pomóc szefowi unieszkodliwić nietrafiony pomysł i przekształcić go w coś bardziej rozsądnego. Dlaczego? Ponieważ jednym z głównych obowiązków podwładnego jest kreowanie wspólnego sukcesu firmy, szefa i swojego własnego.

Oto przykład: załóżmy, że prezes twojej firmy chce wyposażyć wszystkich pracowników w telefony BlackBerry, a ty, jako kierownik działu IT, uważasz, że to ślepa uliczka, ponieważ przyszłość należy do iPhone’a. Zgodnie z powyższą klasyfikacją masz trzy wyjścia:

  1. „Szefie, szef się chyba z koniem na łby pozamieniał! Gdybym był właścicielem tej budy, już dawno spławiłbym faceta, który ma takie debilne pomysły!”
  2. „Szefie, to ciekawy pomysł, ale nikt nie kupuje teraz telefonów BlackBerry. Są nienowoczesne, a firma je produkująca niedługo zbankrutuje!”
  3. „Szefie, to ciekawy pomysł i musimy wspólnie się zastanowić, jak sprawić, żeby zakup nowych telefonów przyniósł naszej firmie jak największe korzyści.”

Uprzedzając twoje zarzuty przyznaję, że druga i trzecia odpowiedź różnią się czymś więcej niż tylko doborem spójnika. Nie bez kozery. Spójnik „ale” narzuca konfrontacyjny charakter drugiej części zdania, natomiast „i” nadaje jej charakter kooperacyjny, pomagający wyjść obu stronom z twarzą z sytuacji i, być może, znaleźć nowe, korzystne rozwiązanie.

Oczywiście wszystko to nie ma znaczenia wtedy, gdy telefony dostarcza szwagier prezesa i na BlackBerry ma większe przebicie… Wierzę jednak, że nie dotyczy to twojego szefa. Jeśli jest inaczej, ewakuuj się czym prędzej z tego przeżartego demoralizacją miejsca!

Oczyszczająca Gowina

Nick Jehlen opisał ciekawą praktykę stosowaną w firmie Action Mill.

Wszędzie, nawet w najdoskonalszej organizacji, są sprawy, których załatwienie jest odwlekane w nieskończoność. Lub do czasu, kiedy smród jest tak wielki, że trzeba wyjść przed budynek.

Większość ludzi czuje się nieswojo, mając świadomość, że w komputerze, na biurku lub w szafie czai się jakieś nieprzyjemne zaniechanie. Zaniechanie, które już dawno powinni wyprostować, jednak coś ich blokuje i nie pozwala im zabrać się do usunięcia tej mentalnej zawalidrogi. Związane z tym podświadome poczucie winy obniża ich sprawność podczas wykonywania innych zadań.

Aby temu zaradzić, do firmowego kalendarza Action Mill wprowadzono Guilt Hour (czyli po polsku Godzinę Winy lub w skrócie Gowinę). W każdą środę o dziesiątej cały zespół zbiera się w sali konferencyjnej. Wszyscy przeglądają swoje listy zadań i wybierają te sprawy, których niezałatwienia najbardziej się wstydzą. Ogłaszają to wszem i wobec i mają godzinę na rozwiązanie problemu. W ten sposób o godzinie jedenastej z pola działania firmy znika wiele potencjalnych min i niewybuchów. A i atmosfera staje się czystsza.

Myślę, że Gowina to dobry pomysł także w stosunku do siebie samego.

Wyznacz sobie w planie tygodnia jedną, konkretną godzinę na konfrontację ze sprawami, które przyprawiają cię o mdłości przez pozostałe 167 godzin (cały tydzień to 168 godzin). Kiedyś i tak trzeba będzie poodkurzać, rozpocząć pisanie pracy licencjackiej czy wypełnić roczne zeznanie podatkowe. Gowina to dobry pretekst, żeby wreszcie ruszyć to, co przygniata twoje serce i zamula twój umysł!

Zatem… do dzieła!

Do trzech razy sztuka

Jednym z kluczowych warunków sukcesu w życiu jest odporność.

Odporność na niewygody.

Na niewygody oraz na pokusy.

W pewnym sensie każda pokusa jest niewygodą, jeśli dla osiągnięcia jakiegoś celu należy jej się oprzeć. I nie chodzi tu o masochizm albo bezsensowne odmawianie sobie przyjemności, ale o świadome wyrzeczenie się czegoś teraz i potraktowanie tego wyrzeczenia jako inwestycji w przyszłość. Sztandarowym przykładem eksperymentu potwierdzającego istotną wagę umiejętności opierania się pokusom była próba, której poddano grupę dzieci, pozostawiając każde z nich w pokoju z cukierkiem i obiecując dwa cukierki, jeśli do powrotu opiekuna powstrzymają się od pożarcia smakołyku. Następnie, przez wiele lat obserwowano, jak potoczyły się losy tych młodych ludzi. Jednoznacznie stwierdzono, że powodzenie w życiu osiągnęli ci, którzy potrafili oprzeć się pokusie i ścierpieć niewygodę oczekiwania.

Nie każdy rodzi się z „genem cierpliwości”, ale wiele można zrobić, pracując nad sobą. Jedną z metod wyrabiania w sobie odporności na niewygody jest „do trzech razy sztuka”.

Na czym to polega?

Załóżmy, że uczysz się do ważnego egzaminu. Uczysz się, uczysz, aż w pewnym momencie wydaje ci się, że już dłużej nie dasz rady. Napada cię przemożna chęć zajrzenia na Facebooka. W tym momencie powiedz sobie: „Jeszcze nie teraz. Czas na pierwsze zwycięstwo nad pokusą”. I kontynuuj naukę.

Za pewien czas znowu poczujesz totalne zniechęcenie i przypomnisz sobie, że w telewizji właśnie leci „Świat według Kiepskich”. Po raz drugi powiedz sobie: „Jeszcze nie teraz. Czas na drugie zwycięstwo nad pokusą. Ulegnę dopiero za trzecim razem”. I kontynuuj naukę.

Gdy po raz trzeci ogarnie cię znużenie, możesz się poddać. W tej rozgrywce wygrałeś 2:1 i jesteś na dobrej drodze, żeby zostać Indianinem.

Podczas kolejnych treningów wytrzymałości na niewygody i odporności na pokusy staraj się wygrywać te pojedynki w jeszcze wyższym stosunku.

Możesz też stosować inną metodę – określania czasu, który musi upłynąć do końca „udręki” i jak najlepszego wykorzystywania tego czasu, ponieważ i tak nie masz wówczas nic lepszego do roboty.

Pamiętaj: wygrywają ci, którzy zrobią o jeden krok więcej, wytrzymają o jeden cios więcej i później od innych się zniechęcą!

Jak osiągnąć sukces, mając same szóstki?

Nie, tytuł tego wpisu nie jest pomyłką. Okazuje się, że bardzo często szóstkowi i piątkowi uczniowie doznają wielu bolesnych porażek na początku swojego dorosłego życia. Tym boleśniejszych, że przecież w szkole byli gwiazdami, a w konfrontacji z wyzwaniami kariery zawodowej gubią się i popadają we frustrację.

Ponieważ doświadczenie to było także moim udziałem, doskonale rozumiem mechanizm, który jest źródłem tych kłopotów.

Oto trzy najważniejsze przyczyny tak niespodziewanej odmiany losu pilnego, zdolnego ucznia:

  1. Sukces w życiu zależy od umiejętności współpracy z innymi ludźmi. Tymczasem w szkole jesteś premiowany za samodzielną pracę i indywidualne „przyswajanie materiału” w celu wylegitymowania się jego znajomością podczas sprawdzianów. Oczywiście solidna wiedza stanowi fundament doniosłych osiągnięć, ale poświęcanie całego czasu na zgłębianie tajników szkolnych przedmiotów jest zgubne. W przypadku sukcesów prowadzi do przekonania, że wszystko da się zrobić samodzielnie, a to nieprawda.
  2. Sukces w życiu zależy od elastyczności i umiejętności chwytania okazji. Tymczasem kalendarz szkolnych wydarzeń jest stabilny aż do bólu. Układ roku, tygodniowy plan zajęć, formy zaliczeń poszczególnych przedmiotów są z góry ustalone i praktycznie niezmienne. Jako szóstkowy uczeń masz ten system rozgryziony, a raz ustawiony mechanizm „obsługi szkoły” działa bezbłędnie jak szwajcarski zegarek. Natomiast w dorosłym życiu niespodziewane strzały z boku są w stanie zrujnować nawet najdoskonalszy plan. Pojawiają się też niesłychane okazje, dla których należałoby ten wspaniały plan porzucić. Ale porzucanie planu jest przecież niezgodne z twoim planem! Z tego powodu wielu szóstkowych uczniów woli pozostać w stabilnym, przypominającym szkołę, środowisku uczelnianym, niż rzucać się w odmęty prawdziwego życia.
  3. Sukces w życiu zależy od umiejętności radzenia sobie z porażkami. Tymczasem w szkole, jako prymus, brylujesz, wszystko ci się udaje i, nawet gdy grozi ci niekontrolowany poślizg, nauczyciele wyciągają pomocną dłoń, wierząc, że to tylko drobna wpadka, a nie godny surowego napiętnowania przejaw lenistwa. Już na studiach, szczególnie tych wymagających, które zwykle wybiera wyróżniający się maturzysta, pojawiają się pierwsze niepokojące sygnały. Twoje oceny przestają być najlepsze w grupie. Poznajesz koleżanki i kolegów, którzy wcale nie są mniej bystrzy niż ty, i to jest prawdziwy wstrząs. A w pracy? Zaczynają cię otaczać ludzie, z których każdy realizuje swoje własne cele – czasem zgodne z twoimi, a czasem wręcz przeciwnie. Nie masz więc już żadnej gwarancji, że każde twoje zamierzenie przyniesie oczekiwany skutek, jeśli tylko sumiennie odrobisz swoją pracę domową. Zamiast wyciągać wnioski z niepowodzeń, zaczynasz rozpamiętywać, że przecież to nie tak miało być i że nie po to się tyle uczyłeś, żeby teraz świat bezczelnie z ciebie kpił.

Czy ten wpis jest elitarny, to znaczy przeznaczony tylko dla kujonów?

I tak, i nie.

Tak, ponieważ zderzenie z dorosłym życiem bywa dla dobrego ucznia większym szokiem niż dla przeciętnego.

Nie, ponieważ wymienione powyżej 3 warunki sukcesu dotyczą wszystkich: ciebie i ciebie, i tamtej pani też.

A czy ty, wchodząc w dorosłe życie, też doznałeś podobnego wstrząsu?