Kategoria: x-a-propos

Prawdziwa twarz

– Jak pan interpretuje ewolucję poglądów ministra Rostowskiego, przez wiele lat pana bliskiego współpracownika? – zapytali Leszka Balcerowicza dziennikarze pod koniec wywiadu opublikowanego 18 września 2013 roku w Gazecie Wyborczej.

– Czasami człowiek przechodzi przez życie niepoddany testowi i nie wiemy, co w nim siedzi. I nagle okoliczności zmuszają go do pokazania prawdziwej twarzy. To jest właśnie przypadek Jacka Rostowskiego. I nie tylko jego – odpowiedział profesor.

Abstrahując od politycznego kontekstu tej wypowiedzi, zainspirowała mnie ona do głębokich przemyśleń:

  • Czy oblicze, które pokazuję bliźnim jest moją prawdziwą twarzą?
  • Jeśli nie, to czy jestem w stanie wyobrazić sobie test zrywający maskę, którą na co dzień przywdziewam?
  • Co wówczas wyszłoby na jaw?
  • A moi bliscy, znajomi i współpracownicy? Czy wiem, kim naprawdę są?

Na szczęście nie doszedłem do jakichś katastrofalnych wniosków, ale zatopienie się w takich rozważaniach może być szkodliwe dla zdrowia i życia, ponieważ niepostrzeżenie zaczynasz zbliżać się do krawędzi rzeczywistości. A to czasami boli…

Zaryzykuj jednak i zastanów się, co by z ciebie wyszło, gdyby nastała chwila prawdy…

Czego używam?

Jako internetowy celebryta zostałem zaszczycony i zaszczyciłem wywiadem witrynę usesthis.pl, której misją jest przedstawianie sprzętu i oprogramowania używanego przez profesjonalistów. Zaprezentowałem eksperymentalne, oparte na iPadzie Mini (!), minimalistyczne instrumentarium, które wykorzystuję do pielęgnacji mojej bezstresowej aktywności internetowej.

Pomysł ten podsunął mi niestrudzony Michał Śliwiński – twórca aplikacji Nozbe służącej już ponad 100 tysiącom użytkowników do zarządzania swoimi codziennymi sprawami oraz współautor książki „#iPadOnly” wieszczącej koniec ery komputerów i początek ery tabletów.

Przeczytaj wywiad i w komentarzu napisz, czy uważasz, że tablety rzeczywiście zastąpią tradycyjne komputery osobiste, czy też pozostaną jedynie dodatkowym ekranem profesjonalisty?

TesTeq at usesthis.pl

Słodka bezczynność

„Dolce far niente”, czyli słodka bezczynność. Jest doskonała. Jest perfekcją najwyższej próby.

Bo przecież nic nie robiąc, nie możesz popełnić błędu. Premier Waldemar Pawlak powiedział kiedyś, że sprawy dzielą się na dwie kategorie: te, które same się załatwią i te, których załatwić się nie da. Wystarczy więc położyć się i czekać…

Natomiast działanie to droga kręta, pełna pułapek i niebezpieczeństw. Oraz… kibiców.

Kibice są zdradliwym sojusznikiem. Oklaskują twoje sukcesy, choć często uważają, że zawdzięczasz je tylko fartowi lub przychylności sędziego. Ale spróbuj tylko się potknąć – wtedy doping zamieni się w gwizdy, a dookoła zaczniesz słyszeć krzyki: „A nie mówiłem?”, „Wiedziałem, że tak będzie!”, „Gdybym tylko wszedł na boisko!”.

Ale nie wszedłeś, palancie, więc teraz grzecznie zamknij buzię i cichutko usiądź w kąciku!

Bo człowiek czynu nie zwraca uwagi na wszystko-wiedzących-lepiej kibiców, tylko robi swoje. Słucha ekspertów, ale puszcza mimo uszu bezwartościową krytykę zrzędliwych ciotek i starych kawalerów.

Nie leży i nie czeka, aż wszystko załatwi się samo. Jest świadom tego, że gdy na płycie stadionu nie dzieje się nic ciekawego, kamery kierują się na publiczność i to ona staje się głównym aktorem spektaklu.

Jasne, że trudniej jest przez 90 minut ganiać po boisku i zdobywać bramki, niż pajacować na trybunach, ale musisz sobie zadać pytanie, czy założenie kolorowego szalika i wygwizdanie zawodników jest twoim sposobem na życie, czy może jednak warto choć raz strzelić efektownego gola z przewrotki albo w ostatniej chwili uratować swoją drużynę przed utratą bramki.

Czy stać cię chociaż na to, żeby zadać sobie takie pytanie?

Dieta-cud? Nie, SPŻ!

„Przez dwa tygodnie byłam na diecie i jedyne, co straciłam, to dwa tygodnie.” – powiedziała kiedyś moja znajoma.

Nie wierzę w skuteczność diet, które narzucają nienormalny tryb żywienia przez kilka lub kilkanaście tygodni. Dieta się kończy i po pewnym czasie znów jesteś w punkcie wyjścia. Albo jeszcze dalej od upragnionego, godnego pokazania na plaży, celu.

Wierzę natomiast w zasady. Trwałe, życiowe zasady, które James Bond nazywa Standardowymi Procedurami Operacyjnymi.

Oto moje Standardowe Procedury Żywieniowe, czyli SPŻ:

  1. Jedz powoli. Nie na chybcika. Nie pędzikiem. Niespiesznie smakuj każdy kęs rozgryzając go na miazgę. W ten sposób szybciej poczujesz się najedzony.
  2. Jedz przez pół doby. Nie, nie chodzi o siedzenie przy stole przez 12 godzin. Codziennie zjedz pięć posiłków w równych odstępach co trzy godziny, a przez następne 12 godzin daj żołądkowi odpocząć od roboty. Na przykład:
    • 06:00 – śniadanie
    • 09:00 – drugie śniadanie
    • 12:00 – lunch
    • 15:00 – przekąska
    • 18:00 – kolacja
  3. Jedz za swoje. Unikaj poczęstunków, promocji, podkradania smakołyków z lodówki teściowej i wszelkiej darmowej wyżerki. Jeśli nie wypada inaczej, skosztuj odrobinę, skomplementuj talenty kulinarne autora lub hojność fundatora wyżerki, a potem, wymawiając się zaleceniami lekarza, zakończ konsumpcję. Pamiętaj: darmowe i kradzione tuczy jak diabli!

I tyle. Żadna dieta-cud, tylko moje Standardowe Procedury Żywieniowe, które, wraz z przebiegniętymi kilometrami, skutecznie stabilizują moją wagę na odpowiednim poziomie.