BBS #0101: Wielki rejs – POLE KAPUSTY

DOSKLEPU

Nie masz czasu czytać tego wpisu? To go posłuchaj! Tutaj albo w postaci podcastu Biznesu Bez Stresu dostępnego we wszystkich rozgłośniach od Apple po Spotify i YouTube!

WBREJS3A-600x800„Wielki rejs” to cykl czterech artykułów, w których przedstawiam cztery epizody z mojej „służby na pokładzie” WB Electronics – obecnie największej polskiej prywatnej firmy zbrojeniowej. Minęło już wystarczająco dużo czasu, żebym nabrał odpowiedniego dystansu do tych wydarzeń i mógł o nich opowiedzieć. Przeczytaj, jak to się wszystko zaczęło, jakich poświęceń wymagało i co czułem, kiedy po raz ostatni „schodziłem na ląd”. Dziś epizod trzeci pod tytułem: „POLE KAPUSTY”. Miłej lektury!

POLE KAPUSTY

WBREJS3A-600x800

Tel Awiw
Poniedziałek, 28 lutego 2005 roku

obsada

PIOTR – twórca i prezes WB Electronics
ADAM – współtwórca i wiceprezes WB Electronics
KRZYSZTOF – „ten trzeci”, czyli ja
NIR – twórca izraelskiej firmy Top I Vision

* * *

Stoję na poboczu piaszczystej, nieuczęszczanej drogi. Za plecami mam zielone pole kapusty, a przede mną Nir rozciąga długą wytrzymałą gumę. Jeden jej koniec przymocował do kołka wbitego w ziemię, a drugi przyczepi do drona, który mimo że ma silnik, potrzebuje dodatkowego przyspieszenia, żeby wznieść się w powietrze. Nir jest szefem izraelskiej firmy, której technologia ma pomóc WB Electronics stać się liderem w branży bezzałogowych statków powietrznych.

Wczoraj w nocy wylądowałem na lotnisku Ben Guriona, dotarłem do hotelu i nieco się zdrzemnąłem. Gdyby nie widok z balkonu na Morze Śródziemne, miałbym wrażenie, że jestem w Moskwie – cały personel hotelu rozmawia między sobą po rosyjsku, jakby wszyscy dopiero co wyemigrowali do Izraela.

Przed podróżą uczestniczyłem w kilku spotkaniach w polskim Ministerstwie Obrony Narodowej. Po powrocie czekają mnie kolejne. Ustalenia, ustalenia, ustalenia. Niekończąca się litania żądań i wyśrubowanych parametrów, którym musi sprostać sprzęt dostarczany przez krajową firmę. Nikt na świecie nie ma tego, czego pragnęłaby polska armia. Będziemy więc dyskutować w nieskończoność, a wojsko w międzyczasie kupi w ramach Pilnej Potrzeby Operacyjnej zagraniczny sprzęt nie spełniający nawet połowy tych wyszukanych wymagań.

Tymczasem stoję na tej polnej drodze gdzieś między Tel Awiwem a Jerozolimą. Nir odebrał mnie po śniadaniu z hotelu i przywiózł na to pustkowie. Naziemna stacja kontroli lotu została już uruchomiona i trwają ostatnie sprawdzenia łączności z dronem, który za minutę, może dwie uleci w powietrze. Wyjmuję aparat fotograficzny, żeby dokładnie uchwycić wszystkie szczegóły startu i – oby szczęśliwego – lądowania. Mam nadzieję, że to cudo nie spadnie nam na głowy. Samoloty bez pilota zrywają się czasem z radiowej smyczy, jakby marzyły o wyswobodzeniu się z ludzkiej niewoli.

Choć to luty, w Izraelu jest ciepło, słonecznie i prawie bezwietrznie. Ponad dwadzieścia stopni na plusie. Iście lipcowa pogoda. Kiedy rano wychodziłem z hotelu, zobaczyłem drogowskaz kierujący żądnych atrakcji turystów do wypożyczalni sprzętu windsurfingowego. Jeszcze nigdy nie pływałem na desce po Morzu Śródziemnym i to w dodatku w zimie! Muszę koniecznie spróbować!

Odkąd wypaliła się moja twórcza pasja i umarłem jako programista, zacząłem poświęcać mnóstwo czasu na windsurfing, bieganie i pływanie. Już nie pracuję po dwadzieścia dwie godziny na dobę. Wystarczą cztery, żebym nadal wnosił znaczący wkład w rozwój firmy. A kiedy wieje wiatr, prawie zawsze mogę wyjść z pracy o drugiej po południu i już po godzinie śmigać na desce po Jeziorze Zegrzyńskim. Co by jednak nie mówić, mimo upływu lat oraz całej tej wolności i beztroskiej przyjemności ślizgania się po falach, wciąż tęsknię za ogniem, który zgasł już w moim sercu i zamienił się w kopczyk szarego popiołu…

Uważnie obserwuję, jak Nir mocuje koniec gumy do haka umieszczonego pod dziobem drona. To niepewny element tej konstrukcji. Podobno zdarza się, że guma nie wyczepia się po starcie i samolot z impetem uderza w ziemię. Ale wszyscy mamy nadzieję, że dziś nie przydarzy się takie nieszczęście. Zapisuję w notesie, że start za pomocą gumy jest kłopotliwy i zawodny. Wykorzystamy tę wiedzę, kiedy nasze drogi z firmą Nira się rozejdą i przystąpimy do budowania naszego FlyEye’a.

Staram się zebrać jak najwięcej informacji – pytam o szczegóły konstrukcyjne płatowca, o funkcjonalność i sposób działania oprogramowania, o ludzi, którzy pracują przy projekcie, i o strukturę organizacyjną izraelskiej firmy.

Nir też usiłuje dowiedzieć się wszystkiego o nas, o naszych zamierzeniach i możliwościach. Ale nie tylko to go interesuje. Kiedy przyjedzie ze współpracownikami do Polski, będzie namiętnie cykał zdjęcia, uwieczniając osoby oglądające ich sprzęt, a potem dopytywał się o nazwiska fotografowanych decydentów. Wątpię, żeby te informacje trafiały tylko do firmowego archiwum…

Lina naciągnięta, dron bzyczy swoimi niewielkim silniczkiem jak komar albo bolid Formuły 1. Chwila napięcia i Nir wypuszcza go ze swojej ręki. Na szczęście wszystko idzie zgodnie z planem i samolot gwałtownie przyspiesza, wyczepia się i unosi wysoko nad naszymi głowami. Mam to! Udało mi się dokładnie uchwycić cały moment startu. Podchodzę do stacji kierowania lotem i obserwuję na jej ekranie obraz przesyłany na żywo ze stabilizowanej kamery bezpilotowca. Macham ręką i na zbliżeniu widzę, jak macham ręką. Dokładnie i bez żadnego opóźnienia. Patrzę w górę i z trudem lokalizuję położenie tego podniebnego szpiega. Nie widać go i nie słychać, gdy przelatuje kilkadziesiąt metrów nad naszymi głowami.

Pytam, czy system potrafi podać dokładne współrzędne tego, co widzi. Nir odpowiada, że „już za chwileczkę, już za momencik” będą to mieli. Jak się później okaże, jego zapewnienia są w tym względzie przesadnie optymistyczne, żeby nie powiedzieć, iż mijają się całkowicie z prawdą. Kiedy pytam, czy transmisja danych jest szyfrowana, Nir zmienia temat i mówi: „Patrz, zaraz będzie lądował!”.

Te z pozoru drobne, acz z punktu widzenia polskiej armii istotne niedopowiedzenia sprawią, że niebawem będziemy musieli zrezygnować z tej współpracy i sami dostarczyć satysfakcjonujący wojskowych produkt. SOFAR, bo tak w Polsce ochrzciliśmy tę izraelską konstrukcję, pójdzie do kosza, a w Gliwicach w firmie Flytronic narodzi się FlyEye.

Z tymi nazwami produktów to też jest ciekawa sprawa. Kiedyś przeczytałem artykuł o badaniach marketingowych przeprowadzonych w branży motoryzacyjnej. Okazuje się, że ludziom najbardziej podobają się nazwy dwusylabowe, najlepiej pięcioliterowe. Są łatwe do zapamiętania i wydają się najsympatyczniejsze. Z tego powodu w ofercie Fiata znalazły się modele Punto, Bravo, Brava, Marea i Siena, a w ofercie Toyoty – Yaris i Auris. Pod wpływem tych rewelacji nasz system łączności wewnętrznej otrzymał nazwę FONET, izraelski dron stał się SOFARem, aerostat obserwacyjny – RUFUSem, a odpalarka do wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych – PALBĄ. Natomiast chwytliwa nazwa systemu kierowania ogniem TOPAZ nie powstała wbrew pozorom w dziale marketingu WB Electronics, tylko była kryptonimem nadanym projektowi przez Ministerstwo Obrony Narodowej.

FlyEye będzie miał co prawda kłopotliwą lingwistycznie nazwę, ale wyposażymy go we wszystko, co Piotr wymarzył sobie wiele lat wcześniej, a Adam wizjonersko rozwinął. Bo myśl o bojowym zastosowaniu niewielkich, bezzałogowych platform latających pojawiła się w WB Electronics już na przełomie XX i XXI wieku, kiedy jeszcze niewiele osób miało dość wyobraźni, żeby dostrzec militarny potencjał w tych „modelarskich zabawkach”.

W październiku 2003 roku uczestniczyłem w pierwszym biznesowym spotkaniu dotyczącym bezpilotowców i jestem pewien, że było ono pierwsze tylko dla mnie. Piotr zainteresował się tą tematyką znacznie wcześniej. Z wstępnych, krajowych przymiarek niestety nic nie wyszło. Sięgnęliśmy więc po izraelski produkt, który właśnie krąży nad moją głową. Dzięki niemu wiele się nauczymy. Dopiero te doświadczenia zaowocują stworzeniem własnej konstrukcji, która – tak jak kilka lat wcześniej system TOPAZ – wyprzedzi konkurencję i w 2010 roku wejdzie na wyposażenie polskich Wojsk Specjalnych.

Śledzę lot schodzącego do lądowania, niewielkiego, szarego samolotu, na pokładzie którego nie ma żywej duszy. Nie wysuwa podwozia, bo go nie ma. Musi być lekki, żeby dał radę udźwignąć potężną baterię zasilającą silnik, skomplikowaną elektronikę i stabilizowaną głowicę obserwacyjną, która potrafi rejestrować obraz zarówno w dzień, jak i w nocy, zarówno w planie ogólnym, jak i w zbliżeniu.

Patrzymy, jak jest coraz niżej i niżej, aż wreszcie wpada w zielone morze kapusty. Wydaje się, że zaraz wystawi z niej głowę niczym zając stający słupka. Ale nic takiego się nie dzieje.

Nir idzie w kierunku miejsca upadku drona i po chwili uśmiechnięty wraca. Jestem trochę zdziwiony, bo samolot ma urwane skrzydło, ale okazuje się, że nie jest to uszkodzenie. Elementy płatowca rozłączają się w przypadku zbyt twardego lądowania. Naszego FlyEye’a też tak zaprojektujemy, jednak Adam wymyśli niezwykłą innowację, która odróżni polską konstrukcję od wszystkich innych. Kończący lot FlyEye będzie najpierw zrzucał na spadochronie ciężki moduł z baterią i głowicą obserwacyjną, żeby potem, szybując już bez napędu, precyzyjnie i delikatnie wylądować w pobliżu. Na dowolnym podłożu – niekoniecznie w zielonym polu kapusty.

* * *

Po dniu pełnym wrażeń jestem już z powrotem w hotelu. Poranny, lotniczy pokaz, wielogodzinne spotkanie w firmie Nira, biznesowy lunch i zwiedzanie Tel Awiwu z obowiązkowym przejazdem obok siedziby Mossadu zmęczyłyby każdego, ale ja nie mogę oprzeć się pokusie. Może jeszcze zdążę. Wybiegam z hotelu i mknę nabrzeżem w kierunku wypożyczalni sprzętu windsurfingowego. Zbliżając się, nie widzę jednak, żeby ktoś na czymkolwiek pływał. Czyżby było zamknięte?

Na szczęście, kiedy jestem już na miejscu, ze stojącej nad wodą kanciapy wychyla się opalony mężczyzna. Jest nieco młodszy ode mnie i z szerokim uśmiechem wita mnie, jakbym był jakimś królem. Przynoszę mu w darze sens jego pracy. Sens, dla którego cały dzień dyżurował na tej opustoszałej plaży. Pewnie niewielu jest tu takich zapaleńców jak ja. Wszak to nabrzeże luksusowych hoteli, a nie spot windsurfingowy!

Szybko dobijamy targu i już po chwili spełniam swoje marzenie. Pływam w lutym na desce z żaglem po Morzu Śródziemnym. A facet robi mi pamiątkowe zdjęcia w blasku zachodzącego słońca. To nic, że wiatr prawie nie wieje, a deska pamięta czasy wikingów. Nie o to przecież tutaj chodzi, co nie?

WBREJS3B-600x800

* * *

2 myśli w temacie “BBS #0101: Wielki rejs – POLE KAPUSTY

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.