BBS #0100: Wielki rejs – NOCE I DNIE

DOSKLEPU

Nie masz czasu czytać tego wpisu? To go posłuchaj! Tutaj albo w postaci podcastu Biznesu Bez Stresu dostępnego we wszystkich rozgłośniach od Apple po Spotify i YouTube!

WBREJS2A-600x800„Wielki rejs” to cykl czterech artykułów, w których przedstawiam cztery epizody z mojej „służby na pokładzie” WB Electronics – obecnie największej polskiej prywatnej firmy zbrojeniowej. Minęło już wystarczająco dużo czasu, żebym nabrał odpowiedniego dystansu do tych wydarzeń i mógł o nich opowiedzieć. Przeczytaj, jak to się wszystko zaczęło, jakich poświęceń wymagało i co czułem, kiedy po raz ostatni „schodziłem na ląd”. Dziś epizod drugi pod tytułem: „NOCE I DNIE”. Miłej lektury!

NOCE I DNIE

WBREJS2A-600x800

Warszawa
Czwartek, 23 listopada 2000 roku

obsada

PIOTR – twórca i prezes WB Electronics
ADAM – współtwórca i wiceprezes WB Electronics
KRZYSZTOF – „ten trzeci”, czyli ja
PAWEŁ – mistrz programowania i Linuksa
DAREK – mistrz programowania i marketingu
ANDRZEJ – pierwszy artylerzysta WB Electronics

* * *

Budzik!

Na pewno?

Budzik!

Przecież dopiero się położyłem!

Budzik!

Machinalnie wyciągam rękę i bezbłędnie trafiam palcem w przycisk drzemki, odraczając w ten sposób wykonanie kary bezwzględnego zakazu zamykania oczu.

Jestem zmęczony, śmiertelnie zmęczony. Bez porównania bardziej niż wtedy, kiedy między drugą a czwartą nad ranem pełniłem wartę przy magazynie amunicji w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Łączności w Zegrzu.

Trafiłem tam po studiach na Politechnice Warszawskiej. Chciałem, żeby armia zmieniła mnie z cywilnego wymoczka w odpornego na stres i niewygody wojownika. Takiego jak Winnetou! Nie broniłem się przed tym. Zgłosiłem się na ochotnika, kiedy moi rówieśnicy odwlekali zakończenie studiów. Albo załatwiali sobie lewe zwolnienia lekarskie, a potem z trwogą nasłuchiwali, czy do ich drzwi nie zastuka patrol wojskowy, żeby wyegzekwować od nich zaszczytny obowiązek obrony ojczyzny.

Ta warta wryła mi się w pamięć bardziej niż nocne dokładanie węgla do kozy w wieloosobowym, wojskowym namiocie rozstawionym na przyprószonej śniegiem poligonowej polanie. Bardziej niż ból chłostanych mroźnym wiatrem, nieosłoniętych uszu podczas rozładunku węgla z wagonów na bocznicy kolejowej. To podczas tej warty pierwszy raz w życiu zasnąłem, idąc. Nagle obudziłem się z naładowanym ostrą amunicją kałachem na ramieniu, oparty o druciane ogrodzenie strzeżonego przeze mnie obiektu.

Budzik!

Już po szóstej?

Do diabła! Trzeba wstawać, samo się nie zrobi. A już w poniedziałek oprogramowanie, nad którym pracuję od sześciu miesięcy, ma być gotowe do trzydniowych badań na poligonie w podwarszawskiej Wesołej. Ale przedtem jeszcze próba generalna. Jutro i pojutrze w udostępnionym przez wojsko baraku.

Nie przebieram się – spałem w ubraniu. Dwie godziny temu położyłem się, żeby odpocząć. To dziwne, że mój organizm zapomniał o potrzebie snu. Dopóki pracuję, oczy mi się nie zamykają, tylko myśli coraz wolniej krążą w mojej głowie. Żeby dać jej wytchnienie, muszę się kłaść. Choćby na chwilę, zgodnie z zegarem na ścianie, bo mój zegar biologiczny już dawno wysiadł.

O czwartej do łóżka, o szóstej pobudka. Pracuję w domu, żeby nie marnować czasu na dojazdy. Na parapecie stoją dwa niewielkie, zielone komputerki PC9600: jeden dla dowódcy działa, drugi dla wysuniętego obserwatora. Na podłodze – równie zielone – dwa laptopy BFC: jeden dla dowódcy dywizjonu, drugi dla dowódcy baterii. To najprostsza konfiguracja Zautomatyzowanego Zestawu Kierowania Ogniem (ZZKO) TOPAZ. Od tygodnia staram się ożywić ten sprzęt oprogramowaniem pisanym w języku C++. Dla relaksu, kiedy zaczyna parować mi mózg, skanuję papierowe mapy i dzielę je na kwadratowe fragmenty. Na ekranach wojskowych laptopów powstanie z nich cyfrowy podkład mapowy, na którym pojawią się symbole odzwierciedlające położenie wszystkich obiektów na polu walki.

Praca nad TOPAZEM przypomina mi trochę pracę nad NAUKĄ JAZDY. Tam też samodzielnie tworzyłem kod, wymyślałem interfejs użytkownika i mozolnie opracowywałem grafikę. To był mój pierwszy programistyczny sukces. Napisana przeze mnie aplikacja dla komputerków ZX Spectrum wygrała ogólnopolski konkurs zorganizowany przez czasopismo RAZEM. Potem trafiła do sklepów i na bazary, przynosząc mi sławę i konkretne pieniądze. Ale przede wszystkim zapewniła mi poczucie własnej wartości oraz motywację do podejmowania kolejnych wyzwań.

A teraz? Zdaję sobie sprawę, że teraz będzie inaczej. Choć pracuję znacznie ciężej niż wtedy, mój TOPAZ nie będzie sukcesem. Dlaczego? Ponieważ pół roku temu podjąłem się zadania niemożliwego. Miałem w sześć miesięcy stworzyć od zera system kierowania ogniem artylerii, nad którym przez wiele lat pracowało kilkunastu informatyków zatrudnionych w wojskowym instytucie badawczym. I miałem tego dokonać bez budżetu, bez zespołu i bez solidnego zaplecza merytorycznego. Ktoś potem powie, że była to misja kamikaze, a ktoś inny, że spieprzyłem sprawę i zrobiłby to o wiele lepiej.

Budzik?

Chyba przysnąłem. Dla pewności siadam na brzegu łóżka i zapalam światło. Co za ból! Niewyspane oczy pieką niemiłosiernie.

Pięć lat temu wszystkim wydawało się, że oprogramowanie systemu kierowania ogniem jest już gotowe i do sukcesu brakuje tylko komputerów odpornych na ekstremalne warunki eksploatacji na polu walki. Ale kiedy my, prywaciarze, zrobiliśmy te komputery, okazało się, że wojskowe oprogramowanie działa tylko „w sensie informatycznym”. To znaczy daje się uruchomić, ale potem, po wciśnięciu dowolnego klawisza można zrobić dziesięć pompek, zanim coś się pojawi na ekranie. Towarzysz Gomułka skomentowałby to tak: „Gdybyśmy mieli komputery, to byśmy produkowali systemy, ale nie mamy oprogramowania”.

W tej podbramkowej sytuacji artylerzyści przystali na propozycję WB Electronics, żeby zastąpić nieefektywnego potwora opracowywanego przez lata w zabytkowym języku FORTRAN całkowicie nowym kodem napisanym w C++. Zupełnie jakby jakiś startupowy duch nagle natchnął decydentów, zainspirował ich do radykalnego działania i wzbudził w nich podziwu godną odwagę i bezkompromisowość. A może to był tylko akt desperacji?

Wstaję i idę do kuchni. Wstawiam wodę, w pośpiechu zjadam dwie kromki chleba, zalewam herbatę i wracam z nią do komputerów. Nie tracę cennych minut na toaletę – przecież nigdzie nie wychodzę, a dla żony i dzieci i tak nie mam czasu. Chyba przez ostatnie tygodnie nie byłem dla nich zbyt miły. Omijają mnie szerokim łukiem jak jakiegoś menela w parku, ale czuję, a przynajmniej mam taką nadzieję, że chcieliby mi jakoś pomóc. Tylko nie wiedzą jak. Ja też nie wiem. I jestem sam.

To znaczy niezupełnie. W firmie nad modułami transmisji danych pracuje Paweł – jedna z największych gwiazd polskiej informatyki. Jakiś czas temu przyszedł do naszej niewielkiej, garażowej firmy z jednego ze światowych koncernów. To, że udało nam się go pozyskać, to prawdziwy cud. Dar niebios. Transfer stulecia!

Paweł nie zna się jeszcze na artylerii, a ja nie mam czasu przekazywać mu wiedzy, którą sam z trudem na bieżąco zdobywam. Być może to błąd, a może po prostu nie da się w sześć miesięcy jednocześnie stworzyć zespołu i napisać tak obszernego systemu informatycznego, startując z punktu ZERO. To znaczy z punktu, w którym nie tylko nie ma nic, ale nawet nie wiadomo, co dokładnie powinno być.

Bo jeśli myślisz, że jako cywil możesz pójść do biblioteki i wypożyczyć podręcznik do artylerii, to się grubo mylisz. To jest w Polsce pilnie strzeżoną tajemnicą, do której dostęp mają tylko wybrani. Musisz więc ją od nich wyszarpywać. Na szczęście internet daje ci nieograniczony dostęp do aktualnych instrukcji i podręczników US Army. Ach, ci lekkomyślni Amerykanie – zawsze się wygadają.

Wdrożenie nowej osoby do pracy w zespole wymaga czasu, zrobienia kilku kroków w tył, żeby potem móc z impetem pobiec do przodu. Ale ja nie mam tego czasu. Nie mogę się zatrzymywać, ani tym bardziej cofać. Muszę biec co sił, nie oglądając się za siebie, choć wiem, że na mecie nikt nie będzie wiwatował. Cóż, niech gwiżdżą. Nawet informatyczna Irena Szewińska nie wygrałaby tego biegu.

Mój komputer już wstał. Odpalam potężne środowisko programistyczne Borland C++ i zaglądam do pliku z rzeczami do zrobienia. Ręce opadają. Po sześciu miesiącach pracy działa zaledwie kilkanaście procent funkcjonalności. Ale jest to funkcjonalność wystarczająca do wykonania podstawowego zadania ogniowego.

Powoli robi się jasno. Dziś, w ostatnim dniu tej walki nic już nie dodaję. Wstawiam tylko atrapy w miejscach, do których komisja sprawdzająca ten złożony system może zajrzeć jedynie przez przypadek. Ale mam nadzieję, że nie zajrzy.

Brzydzę się tym. I się tego wstydzę. Nie jestem Steve’em Jobsem, który za kilka lat, podczas prezentacji iPhone’a, będzie bez zażenowania demonstrował równie niekompletny produkt. Większość aplikacji, które pokaże na ekranie urządzenia, będzie tylko zaślepkami – statycznymi ilustracjami udającymi to, czego jeszcze nie ma. Będzie musiał nauczyć się na pamięć kolejności ich wyświetlania, żeby system kompromitująco nie zawiesił się podczas uroczystej premiery urządzenia. Ale poradzi sobie z tym spacerem po linie zawieszonej nad przepaścią. To człowiek, który bez zmrużenia oka i wyrzutów sumienia potrafi magicznie odkształcić rzeczywistość. Ja tak nie umiem.

Godzina mija za godziną, a ja pracowicie zaklejam dziury w oprogramowaniu tymi tymczasowymi, paskudnie gustownymi łatami. Na co liczę? Że się uda? To nie w moim stylu – nie w stylu prymusika zawsze przygotowanego do każdego sprawdzianu. No może z wyjątkiem klasówek z historii.

To nie będzie piękna katastrofa, Greku Zorbo. Będzie żałosna, ale nie mam wyjścia – słowo się rzekło, kobyłka u płota. Jeszcze nie wiem, że ten kryzys nie pójdzie na marne. Choć moje oprogramowanie, zamiast być docelowym produktem, jest jedynie demonstratorem posiadającym tylko podstawową funkcjonalność, Piotr dzięki swojej reputacji i sile perswazji przekona artylerzystów, że na końcu tunelu widać jakieś światełko. Że ten nasz sklecony naprędce demonstrator jest i tak o niebo lepszy od poprzedniego systemu. Bo tu coś działa. COKOLWIEK!

I wreszcie dostaniemy wsparcie merytoryczne oraz drugą szansę, której już nie zaprzepaścimy. Otrzymamy wielki kredyt zaufania. Jak wielki? Olbrzymi! Na przykład podczas jednego z następnych testów TOPAZa szef artyleryjsko-ministerialnej komisji powie swoim nastawionym sceptycznie podwładnym: „Nie lubię komentarzy. Mogę najwyżej opierdolić, jak ktoś źle komentuje!”.

To już druga? Coś jem, ale bardziej z rozsądku niż z potrzeby. Stres, frustracja i przepracowanie uruchamiają jakieś ukryte rezerwy w ludzkim organizmie. Ze zdziwieniem zauważam, że na krótką metę mogę nie jeść i nie spać, choć po latach ze zdwojoną siłą odczuję konsekwencje tej jazdy po bandzie.

Ale to drobiazg. Bo najgorsze jest to, że po tym biegu bez nadziei, po podjęciu wyzwania wielokrotnie przekraczającego moje możliwości i dostępne środki, umrę. Nie, nie dosłownie, biologicznie, ale profesjonalnie. Już nigdy nie napiszę żadnej znaczącej linii kodu, a moje programistyczne poczucie własnej wartości, które tak pięknie rozkwitło kilkanaście lat temu po sukcesie gry NAUKA JAZDY, runie jak domek z kart.

Czasami staczasz się w życiu na dno wąwozu i masz nadzieję wydostać się z niego tą samą drogą, którą spadałeś. Daremny trud. To tak nie działa. Nie wrócisz na powierzchnię w to samo miejsce. Żeby się uratować musisz znaleźć inne wyjście. Być może doprowadzi cię ono do lepszej rzeczywistości, a może do gorszej, lecz na pewno już nie do tej samej. Ale idź, idź przez ciemność do przodu…

Powoli zapada zmrok. Już tylko miesiąc do najkrótszego dnia w roku. Przygotowuję ostateczną wersję oprogramowania i nagrywam ją dla bezpieczeństwa na dyskietki. A potem na karty pamięci, z których odczytają ją wojskowe komputery. Jeszcze raz sprawdzam działanie tego skromnego szkieletu funkcjonalności, który udało mi się stworzyć.

Jestem wysuniętym obserwatorem. Wprowadzam do komputera współrzędne celu, który znalazł się w zasięgu mojego dalmierza laserowego. Na cyfrowej mapie pojawia się czerwony, złowrogi symbol. Podchodzę do drugiego komputera. Staję się teraz dowódcą dywizjonu i wydaję rozkaz zniszczenia celu. Samobieżne haubice 2S1 Goździk zgłaszają gotowość, otrzymują nastawy do strzelania i oddają salwę. Wracam na stanowisko wysuniętego obserwatora i widzę brunatne pióropusze wybuchów. Pociski nie dosięgły celu – upadły o dwieście metrów za blisko. Przesyłam komunikat ze współrzędnymi wybuchów, a system automatycznie przelicza poprawki dla dział. Druga salwa jest już bezbłędna. Obraca cel w perzynę. To wszystko dzieje się w mojej małej pracowni, w której od wielu dni siedzę jak pustelnik.

Mam zatem gotowe oprogramowanie. Na tyle, na ile może być gotowe. Otwieram więc edytor tekstu i piszę skróconą instrukcję obsługi. A właściwie dwustronicową ulotkę, którą rozdamy operatorom, żeby podczas testu mogli wykonać podstawowe zadania artyleryjskie. Ta tymczasowa instrukcja jest taka krótka z dwóch powodów:

  1. Po pierwsze interfejs użytkownika, który wymyśliłem, choć nie tak intuicyjny jak klikanie myszą po ekranie, zapewnia wywołanie każdej funkcji po wprowadzeniu czterocyfrowego kodu. Wystarczy tydzień treningu i operatorzy będą obsługiwali TOPAZa z zamkniętymi oczami.
  2. Po drugie oprogramowanie jest niekompletne. Opisuję tylko te elementy, które w tej chwili działają. To bardzo skromny zestaw.

W innym dokumencie, który opracuję po zakończeniu testów, umieszczę pełny katalog funkcji wraz z informacją o zaawansowaniu prac nad poszczególnymi modułami. W większości niewielkim.

Ten katalog stanie się w przyszłości „przewodnikiem dla projektanta” nowej wersji naszego systemu. Piotr wyrzuci do kosza te moje czterocyfrowe kody i naszkicuje całkowicie nową koncepcję interfejsu użytkownika. Bardziej strawną dla początkujących operatorów. Oprócz tego zdecyduje wreszcie o zwiększeniu budżetu projektu, co pozwoli na zwerbowanie dodatkowych sił. Doświadczony informatyk Darek stworzy z Pawłem znakomity duet programistyczny, a artylerzysta Andrzej zapewni naszej firmie tak pożądaną wiedzę z zakresu dowodzenia pododdziałami artylerii.

A ja? Choć nie dotknę już nigdy kodu TOPAZa, nie zmarnuję tego, czego z takim trudem się nauczyłem. Zostanę łącznikiem merytorycznym między artylerzystami a naszym powiększonym zespołem. Na comiesięcznych spotkaniach będę prezentował wojskowej komisji postępy naszych prac. Jej członkowie docenią, że nie jestem pacyfistą, który nienawidzi armii i który ukrywał się przed nią po studiach, ale szanującym ich starszym kapralem podchorążym.

Choć teraz mam wrażenie, że bagno, w które sam wszedłem, zaraz mnie pochłonie, to kiedyś zrozumiem, że trzeba było być gotowym na nadzwyczajne wyrzeczenia, żeby przedostać się na drugi brzeg. I że nie tylko ja poświęciłem wiele, żeby osiągnąć ten cel.

Zapada noc. Wyłączam komputery i kładę się spać.

* * *

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.