Rok: 2013

Nie krzycz na kelnera!

Tak, wiem, masz rację. Skoro twój ulubiony schabowy jest w menu, kelner powinien po prostu przyjąć zamówienie, a nie udawać skruchę, mówiąc, że akurat dziś restaurację odwiedziła wycieczka Duńczyków i wyżarła całe zapasy tego tradycyjnego, polskiego przysmaku.

Masz też rację, gdy urzędnik w wydziale obsługi mieszkańców znienacka każe ci wypełnić jakiś głupi, długi jak rolka papieru toaletowego formularz, o którym wcześniej cię nie poinformowano.

W obu tych sytuacjach masz moralne prawo do uniesienia się, walnięcia pięścią w stół i nakrzyczenia na posłańca, który przyniósł ci niepomyślne wiadomości. W obecnych czasach zabijanie posłańca jest niestety karalne, więc pozostaje ci tylko krzyk.

Czy rzeczywiście?

Co osiągniesz, mieszając z błotem bogu ducha winną osobę? Przecież to nie kelner zjadł te wszystkie schabowe i zapewne to nie ten urzędnik złośliwie wymyślił dodatkowy formularz.

Co osiągniesz, wyżywając się na kimś, kto dysponuje dźwignią, za pomocą której może rozpogodzić lub zachmurzyć następne minuty, godziny czy dni twojego życia?

Dźwignią?

Tak! Kotleta i tak nie dostaniesz, a obrażony kelner skutecznie zepsuje ci humor, ruszając się jak mucha w smole, przynosząc brudne sztućce i serwując zimną zupę, do której, być może, nasikał jego kolega. Jesteś na przegranej pozycji, więc nie warto z tak błahego powodu stawiać świata na krawędzi konfliktu nuklearnego.

Zrugany urzędnik może poczuć się na tyle dotknięty, że twoje podanie na długie tygodnie zawieruszy się w niewłaściwej szufladzie i zamiast załatwionej sprawy będziesz toczył nierówną i w gruncie rzeczy niepotrzebną walkę z biurokratyczną machiną, która przestała cię lubić.

Czy to oznacza, że namawiam cię do konformizmu i zgody na wszelkie zło świata, które nas otacza?

Nie, nie o to chodzi!

Są rzeczy ważne, na które nie możemy patrzeć przez palce i których nie wolno nam lekceważyć. Ale są też sprawy bolesne przez chwilę, lecz nieistotne z dalszej perspektywy – sprawy, które właściwie przez nas potraktowane mogą uczynić nasz świat przyjemniejszym. Nawet mimo braku satysfakcji ze „słusznego ukarania winowajcy”.

Ciekawi cię zapewne, co ja robię w takich restauracyjnych lub urzędowych sytuacjach?

Kelnera proszę o polecenie mi innej potrawy, która, jego zdaniem, wynagrodzi mi zawód, jaki spotkał mnie w wyniku niecnego ataku żarłocznych Duńczyków. W ten sposób daję mu możliwość zdystansowania się od problemu i wzięcia odpowiedzialności za moją kulinarną satysfakcję. I zwykle nie spotyka mnie rozczarowanie.

Z urzędnikiem przez chwilę wspólnie narzekamy na rozrastającą się biurokrację i coraz większą liczbę formularzy wymaganych przez „tych z góry”, a potem z radością przyjmuję jego pomoc w sprawnym wypełnieniu rubryczek oraz oświadczenie, że teraz to już moja sprawa będzie na pewno załatwiona do końca tygodnia. I rzeczywiście jest załatwiona (w 99% przypadków).

Dlaczego to działa?

Dlatego, że przeszłości i tak nie jestem w stanie zmienić, a przyszłość przekazuję w ręce osoby, która może uczynić ją lepszą lub gorszą, dając wyraźnie do zrozumienia, że interesuje mnie leżąca w jej kompetencjach opcja pozytywna.

Pomyłki się zdarzają

Każdy czasem się myli. Nikt nie jest doskonały.

I to cię denerwuje – zarówno czyjeś błędy, jak i twoje.

Oto trzy refleksje na temat pomyłek, które pozwolą ci zredukować związany z nimi stres:

  1. Pomyłki się zdarzają. Takie jest życie. Zawsze coś może pójść nie tak. Ale pamiętaj, że znakomita większość ludzi nie wstaje rano z myślą, żeby zrobić ci na złość. Ty, mam nadzieję, też nie budzisz się codziennie z takimi intencjami.
  2. Ludzie mylą się, choć chcą dobrze. Robią to, co w danym kontekście wydaje im się sensowne, ale niestety nie zawsze ich ocena sytuacji jest prawidłowa. Zasługują więc na domniemanie niewinności. Trudno oczywiście wiecznie rozgrzeszać zatwardziałych recydywistów, ale każdy ma prawo do błędu w nowych dla niego okolicznościach.
  3. Nawet geniusze popełniają błędy. A ludzie przeciętni potrafią dokonywać niezwykłych czynów. Nikt nie jest doskonały, ale i nikt nie jest beznadziejny przez całe życie. Nie wyciągaj uogólnionych wniosków na podstawie jednego pozytywnego lub negatywnego zdarzenia.

Co w związku z tym powinieneś zrobić, gdy padniesz ofiarą pomyłki?

Spróbuj spojrzeć na sprawę z innej perspektywy.

Może w skali całokształtu twoich działań ta pomyłka nie jest wcale tak wielkim problemem?

Uśmiechnij się, zwracając uwagę zmartwionemu winowajcy.

Zajmij się rozwiązaniem problemu, a nie rozpamiętywaniem tego, co się już zdarzyło i pompowaniem czyjegoś (lub swojego) poczucia winy.

Ashton jOBS

Ashton jOBS

Tak, to musiało się stać. Nie mogłem przegapić tego filmu. Ale wiele osób, prawdopodobnie ze swojego punktu widzenia słusznie, wybrało inne sposoby spędzenia sobotniego przedpołudnia. Świadczą o tym rzędy pustych, kinowych foteli na powyższym zdjęciu.

Czy polecam ci obejrzenie tego filmu? Chyba nie, choć pod względem rzemiosła realizacyjnego przewyższa większość polskich produkcji. Niezłe aktorstwo, dobra reżyseria i montaż, ciekawe zdjęcia, tylko… Tylko właściwie nie wiadomo, po co ten obraz powstał. A właściwie wiadomo: to jest film biograficzny, za pomocą którego Ashton Kutcher składa hołd swojemu idolowi – człowiekowi, który oswoił miliony zwykłych ludzi z zaczarowanym światem technologii komputerowych.

Scenariusz składa się ze scen, których prawdziwe znaczenie zrozumieją jedynie ludzie zainteresowani tematem, ale które nie są w stanie spleść się i stworzyć wciągającą wszystkich fabułę. W dodatku, w moim przypadku, niemożliwe są nieoczekiwane zwroty akcji i zaskakujące puenty. Ja tę historię znam na wylot!

Ale mimo tych zastrzeżeń z przyjemnością obejrzałem tę powtórkę z historii. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie sceny biznesowych negocjacji, w których Ashton jOBS zaprezentował trzy główne cechy Steve’a Jobsa: pewność siebie, nieustępliwość i słynne „pole zniekształcania rzeczywistości”, czyli umiejętność przekonania adwersarza do przyjęcia korzystnego dla Steve’a punktu widzenia.

Oprócz tego znacząca jest dla mnie scena, w której Jobs przyprowadza do garażu Apple kilku kolegów, żeby odpłatnie pomogli składać pierwszych 50 sztuk komputerów Apple I. Steve Wozniak mówi mu: „Ale przecież nie mamy pieniędzy, żeby im zapłacić!”, a Jobs odpowiada: „Na swoje utrzymanie też nie mamy, musimy złożyć te komputery”. To jest właśnie istota przedsiębiorczości – istota polegająca na gotowości do podejmowania olbrzymiego ryzyka dla osiągnięcia wyznaczonego celu. Większość ludzi nie jest do tego zdolna – wolą bezpieczne, biurowe posadki i pielęgnowanie pasywnej, a czasami aktywnej zawiści wobec tych, którzy za swoją odwagę zostali nagrodzeni luksusowym samochodem, malowniczą posiadłością lub prywatnym odrzutowcem…

Mandarynka

Jedną z moich tegorocznych, wakacyjnych lektur była książka „Hardcore Zen” zawierająca przemyślenia Brada Warnera na temat punk rocka, filmów o potworach i prawdy o rzeczywistości. Zdaniem autora sposobem dojścia do tej prawdy jest kwestionowanie wszystkiego – poddawanie świata krytycznej obserwacji, a nie branie czegokolwiek na wiarę. „Dość wciskania kitu!” – jest drogą prowadzącą do życia tu i teraz, choćby owo „tu i teraz” nie zawsze było zgodne z naszymi oczekiwaniami.

Czy namawiam cię do przeczytania tej książki? Chyba nie, ponieważ arcydziełem literatury z pewnością nie jest. Wystarczy, że przeczytasz poniższy, moim zdaniem najlepszy, jej fragment:

Na świecie jest mnóstwo diamentów, więc jeśli nawet zgubisz ten ulubiony, to możesz ciężko pracować, zarobić mnóstwo pieniędzy i znaleźć taki, który go zastąpi. Z chwilami twojego życia tak nie jest. Kiedy już przeminą, to nigdy nie wrócą. Każda z nich jest najcenniejszą rzeczą w życiu. Nie da się nigdy w sposób znaczący porównać jednej chwili z jakąkolwiek inną. Nie da się w sposób znaczący porównać twojego życia z czyimkolwiek innym. Jakkolwiek bogaty byłby ktoś inny, na jakkolwiek szczęśliwego by wyglądał, jakkolwiek wielkiego doznałby oświecenia, nigdy nie będzie tobą. Nigdy, przenigdy. Tylko ty możesz przeżyć swoje życie.

Moja żona dała mi tego dnia na lunch mikan, coś w rodzaju japońskiej mandarynki, a ja usiadłem przy biurku i zacząłem obierać owoc. Patrzyłem na zdejmowaną skórkę i nagle uderzyło mnie, jak jest piękna. To była mandarynka na swój własny sposób doskonała. Nagle dostrzegłem w pełni jej pomarańczowy kolor, który zdawał się świecić od wewnątrz, jaśniejszy niż światła neonów. Siła jej piękna była niemal bolesna. Widywałem piękne widoki w życiu: zachód słońca nad Pacyfikiem oglądany z zachodniego brzegu Maui, góra Kilimandżaro wznosząca się nad równiną, po której przechadzają się słonie i żyrafy, pełna spokoju godność starych świątyń buddyjskich. Ale w tamtej chwili nic nie równało się tej małej mandarynce, którą trzymałem w ręce. Poczułem niewysłowioną wdzięczność za to, że jestem po prostu sobą, za to, że siedzę przy swoim biurku, że mogę obrać i zjeść mandarynkę. Nikt inny nigdy nie skosztuje tej mandarynki.

[Brad Warner, „Hardcore Zen”, s. 190-191]