Miesiąc: Luty 2013

Ja to zrobiłem!

W jednym z niedawnych wywiadów, robiący obecnie karierę w Stanach Zjednoczonych, brytyjski komik Ricky Gervais (między innymi autor świetnego serialu komediowego „The Office”) powiedział:

Dziś nie ma różnicy między sławą i niesławą. Wyrodził się nowy gatunek ludzi sławnych „zawodowo”, którzy nie robią nic, prócz bycia sławnymi. Nie tworzą nic nowego. A każdy z nas powinien przecież wnosić jakąś nową wartość. Dawać światu coś, czego przedtem nigdy nie było. Nieważne, czy jest to stół, film czy zadbany ogród – każdy powinien być twórcą. Każdy powinien coś zrobić, żeby móc potem usiąść, popatrzeć na swoje dzieło i powiedzieć: „Ja to zrobiłem!”.

A ty? Czy już coś zrobiłeś?

Prawdziwy krytyk

Prawdziwy krytyk cnoty się nie boi!

Coś przekręciłem?

„Prawdziwa cnota krytyk się nie boi” brzmi to przysłowie?

Nie, nie pomyliłem się.

Ludzi można podzielić na dwie kategorie:

  1. Niewielką grupę tych, którzy są wystarczająco odważni, żeby z niczego tworzyć coś nowego, ryzykując, że popełnią jakieś błędy i że nawet gdy dopną swego, mogą zostać odsądzeni od czci i wiary.
  2. Olbrzymią armię krytyków, którzy całą swoją energię skupiają na ocenianiu, doradzaniu, wdeptywaniu w ziemię, zachęcaniu i zniechęcaniu osób należących do pierwszej kategorii.

Bycie krytykiem jest cudowne.

Istnieje tysiąc pięćset powodów, dla których każde przedsięwzięcie może skończyć się niepowodzeniem. Krytyk ma sposobność je w dowolnie dobierać i układać, wykazując przy tym niezwykłą elokwencję i inteligencję, której nikt nie potrafi dorównać. Szczególnie ci, którzy są zajęci swoją robotą.

Dla szukających sensacji mediów krytyk zawsze będzie prawdziwą atrakcją i źródłem wszelkiej mądrości, w przeciwieństwie do mrukliwego człowieka czynu, który zamiast gadać, skupia się na załatwianiu bieżących spraw i usuwaniu przeszkód, aby jego projekt szczęśliwie dotarł do mety.

Masz do wyboru:

  • zostawić swój ślad we wszechświecie lub
  • brylować, krytykując tych, których ślady nie spełniają twoich standardów estetycznych.

Jaka jest twoja decyzja?

i

Przechadzam się niekiedy po blogu Torlina [torlin.wordpress.com] i ostatnio bywająca tam ulotna_wiecznosc zaskoczyła mnie swoim oświadczeniem, że jest spójnikiem „i”.

Odpowiedziałem: Czasami, a właściwie bardzo często sobie żartuję, ale Twój komentarz głęboko mnie poruszył i zainspirował. Bycie spójnikiem łączącym ludzi z ludźmi, rzeczy z rzeczami, idee z ideami, pomysły z pomysłami… czyż to nie ideał szczęścia i spełnienia?

Tak to narodziły się zręby nowej, wspaniałej, łączącej ludzi i-deologii…

Ale, żeby nie bujać tylko w filozoficznych oparach, mam dla ciebie bardzo praktyczną radę związaną ze spójnikiem „i”.

Jestem pewien, że życie przekonało cię już do tego, iż otwarte przeciwstawianie się przełożonemu bywa bardzo niezdrowe. Tymczasem szef też jest człowiekiem i czasami może pozostawać w mniej lub bardziej mylnym błędzie. Co należy wówczas robić? Istnieją trzy wyjścia:

  1. Wojna religijna, czyli totalny atak mający na celu storpedowanie i zatopienie szefa razem z jego pomysłem. W tym przypadku nie używasz żadnych spójników. Wyciągasz zawleczkę, rzucasz granat, a następnie odbezpieczasz karabin i jedziesz serią od lewej do prawej. Ze wszystkimi takiego postępowania konsekwencjami.
  2. Opozycja, czyli użycie spójnika „ale”, żeby, wskazując błędy w rozumowaniu szefa, stworzyć poduszkę chroniącą twój tyłek, gdy planowane przedsięwzięcie zakończy się porażką. Wtedy będziesz mógł wyciągnąć ze skrzynki „wysłane” starą, zakurzoną korespondencję i z dumnie uniesioną głową powiedzieć: „A nie mówiłem?”. Oczywiście, jeżeli firma jeszcze istnieje, a ty w niej pracujesz.
  3. Koalicja, czyli użycie spójnika „i”, żeby pomóc szefowi unieszkodliwić nietrafiony pomysł i przekształcić go w coś bardziej rozsądnego. Dlaczego? Ponieważ jednym z głównych obowiązków podwładnego jest kreowanie wspólnego sukcesu firmy, szefa i swojego własnego.

Oto przykład: załóżmy, że prezes twojej firmy chce wyposażyć wszystkich pracowników w telefony BlackBerry, a ty, jako kierownik działu IT, uważasz, że to ślepa uliczka, ponieważ przyszłość należy do iPhone’a. Zgodnie z powyższą klasyfikacją masz trzy wyjścia:

  1. „Szefie, szef się chyba z koniem na łby pozamieniał! Gdybym był właścicielem tej budy, już dawno spławiłbym faceta, który ma takie debilne pomysły!”
  2. „Szefie, to ciekawy pomysł, ale nikt nie kupuje teraz telefonów BlackBerry. Są nienowoczesne, a firma je produkująca niedługo zbankrutuje!”
  3. „Szefie, to ciekawy pomysł i musimy wspólnie się zastanowić, jak sprawić, żeby zakup nowych telefonów przyniósł naszej firmie jak największe korzyści.”

Uprzedzając twoje zarzuty przyznaję, że druga i trzecia odpowiedź różnią się czymś więcej niż tylko doborem spójnika. Nie bez kozery. Spójnik „ale” narzuca konfrontacyjny charakter drugiej części zdania, natomiast „i” nadaje jej charakter kooperacyjny, pomagający wyjść obu stronom z twarzą z sytuacji i, być może, znaleźć nowe, korzystne rozwiązanie.

Oczywiście wszystko to nie ma znaczenia wtedy, gdy telefony dostarcza szwagier prezesa i na BlackBerry ma większe przebicie… Wierzę jednak, że nie dotyczy to twojego szefa. Jeśli jest inaczej, ewakuuj się czym prędzej z tego przeżartego demoralizacją miejsca!

Oczyszczająca Gowina

Nick Jehlen opisał ciekawą praktykę stosowaną w firmie Action Mill.

Wszędzie, nawet w najdoskonalszej organizacji, są sprawy, których załatwienie jest odwlekane w nieskończoność. Lub do czasu, kiedy smród jest tak wielki, że trzeba wyjść przed budynek.

Większość ludzi czuje się nieswojo, mając świadomość, że w komputerze, na biurku lub w szafie czai się jakieś nieprzyjemne zaniechanie. Zaniechanie, które już dawno powinni wyprostować, jednak coś ich blokuje i nie pozwala im zabrać się do usunięcia tej mentalnej zawalidrogi. Związane z tym podświadome poczucie winy obniża ich sprawność podczas wykonywania innych zadań.

Aby temu zaradzić, do firmowego kalendarza Action Mill wprowadzono Guilt Hour (czyli po polsku Godzinę Winy lub w skrócie Gowinę). W każdą środę o dziesiątej cały zespół zbiera się w sali konferencyjnej. Wszyscy przeglądają swoje listy zadań i wybierają te sprawy, których niezałatwienia najbardziej się wstydzą. Ogłaszają to wszem i wobec i mają godzinę na rozwiązanie problemu. W ten sposób o godzinie jedenastej z pola działania firmy znika wiele potencjalnych min i niewybuchów. A i atmosfera staje się czystsza.

Myślę, że Gowina to dobry pomysł także w stosunku do siebie samego.

Wyznacz sobie w planie tygodnia jedną, konkretną godzinę na konfrontację ze sprawami, które przyprawiają cię o mdłości przez pozostałe 167 godzin (cały tydzień to 168 godzin). Kiedyś i tak trzeba będzie poodkurzać, rozpocząć pisanie pracy licencjackiej czy wypełnić roczne zeznanie podatkowe. Gowina to dobry pretekst, żeby wreszcie ruszyć to, co przygniata twoje serce i zamula twój umysł!

Zatem… do dzieła!