Rok: 2011

Załatwiona? Załatwianie? Załatw!

Niektórzy mówią, że metoda GTD (Getting Things Done) Davida Allena jest zbyt skomplikowana, że trudno przyswoić sobie wszystkie zasady „ogarniania” swoich spraw i że z pewnością istnieje jakaś łatwiejsza droga do bezstresowego życia.

Mówią tak, bo każda wymówka jest łatwiejsza od wzięcia się do roboty!

GTD to tylko trzy podstawowe, w swojej istocie logiczne i naturalne, wskazówki. Dla każdej sprawy, która pojawia się na twoim radarze, zastosuj poniższe punkty:

  1. Załatwiona? Odpowiedz sobie na pytanie, co to znaczy, że sprawa została załatwiona? Jaki jest jej pożądany, satysfakcjonujący cię stan docelowy? Może po prostu nic nie trzeba robić albo zajmie to mniej niż 2 minuty? Oczywiście, żeby nad czymś się zastanowić, trzeba o tym pamiętać, więc miej zawsze ze sobą notatnik i zapisuj w nim wszystko, o czym nie chciałbyś zapomnieć.
  2. Załatwianie? Odpowiedz sobie na pytanie, od czego należy zacząć załatwianie sprawy? Jaki jest pierwszy krok prowadzący do celu? Czy jest to tylko jeden krok, czy jest ich więcej? Jeśli więcej, to który jest pierwszy? Gdzie musisz być i co musisz mieć do dyspozycji, żeby go wykonać? Nie trać czasu na sporządzanie perfekcyjnego, kompletnego planu osiągnięcia celu – najważniejsza jest krystalicznie czysta wizja pierwszego kroku!
  3. Załatw! Skoro już wiesz, co chcesz osiągnąć i jaki jest pierwszy krok, to w sprzyjających okolicznościach przyrody po prostu go zrób! A potem następne, aż do osiągnięcia określonego w pierwszym punkcie rezultatu.

Ot i cała filozofia!

No, może nie cała – zapomniałem o Przeglądach Tygodniowych, które są piekielnie ważne! To czas okresowej refleksji nad sprawami, które masz na tapecie, i postępem ich załatwiania. Przegląd Tygodniowy służy wyłapywaniu tego, co ci umknęło w wirze codziennej walki, oraz tego, jak zmiany zachodzące w otoczeniu mogą wpłynąć na twoje zamierzenia. Co pojawiło się nowego, a co straciło swoje znaczenie.

(Meta)fizyka sukcesu w biznesie

Doszedłem ostatnio do wniosku, że ludzi sukcesu charakteryzują trzy podstawowe cechy:

  1. Nieustępliwość – czyli wewnętrzna siła, która popycha ich do działania. Sprawia ona, że wektor ruchu cały czas ma wartość niezerową. Człowiek sukcesu nie tylko nie potrzebuje słów zachęty, motywujących pochwał lub gróźb – robi to, co uważa za słuszne pokonując największe przeszkody i obiekcje niedowiarków. Jest też bezwzględny – bez skrupułów usuwa ze swojego otoczenia maruderów, czarnowidzów i recenzentów, którzy zawsze wiedzą lepiej, co należy zrobić, tyle że tego nie robią.
  2. Inteligencja – czyli zdolność do analizowania zjawisk zachodzących w otaczającym świecie i wyciągania trafnych wniosków co do kierunku działania. Dzięki niej wektor ruchu ma prawidłowy kierunek i zwrot. Bystry umysł i wiedza pozwalają skoncentrować wysiłek tam, gdzie występuje największe prawdopodobieństwo powodzenia. Tam, gdzie można oczekiwać wielu okazji do zrobienia dobrego interesu i pokonania konkurencji. Chodzi zatem o inteligencję praktyczną, a nie o taką, której celem są jedynie akademickie rozważania o wyższości Świąt Bożego Narodzenia nad Świętami Wielkiej Nocy.
  3. Szczęście – czyli umiejętność znalezienia się we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Szczęście w życiu można traktować w kategoriach metafizycznych, wiązać je z przeznaczeniem lub palcem bożym, ale moim zdaniem szczęście to kategoria statystyczna. Jeśli jesteś inteligentny, wybrany przez ciebie wektor działania będzie wskazywał drogę, na której występuje znacznie większe niż gdzie indziej prawdopodobieństwo zajścia szczęśliwego zbiegu okoliczności. Prędzej czy później. Jeśli jesteś nieustępliwy, będziesz podążał tą drogą dłużej niż ci, którzy przedwcześnie zwątpią, nie mogąc się doczekać na pomyślny splot wydarzeń.

(Meta)fizyka sukcesu w biznesie polega zatem na tym, żeby używać swojej inteligencji do wyboru kierunku działania, nieustępliwości do podtrzymywania ruchu oraz wykazywać zręczność w łapaniu nadarzających się okazji.

Pracownicy i zasoby ludzkie

Jeżeli myślałeś, że poprzedni wpis „Odklejeni od rzeczywistości” był szczytem subiektywizmu i wrednego kapitalistycznego podejścia autora BIZNESU BEZ STRESU, to się myliłeś. Pod wpisem tym pojawił się znakomity komentarz czytelnika orginal_replica, zawierający między innymi osobistą przypowieść przedsiębiorcy o przekazywaniu firmy pracownikom, którzy nawet za darmo nie chcą otrzymać w spadku dochodowego biznesu. Ponieważ nie wszyscy czytają komentarze i nie pojawiają się one w kanale RSS, postanowiłem zacytować ten tekst w ramach dzisiejszego wpisu. Słowa są ostre i bezkompromisowe, ale przypominam, że można spotkać ludzi, których one nie dotyczą – pracowników, na których można zawsze polegać i którzy dołożą wszelkich starań, żeby każdą sprawę doprowadzić do korzystnego dla firmy finału. Mam nadzieję, że Ty, Drogi Czytelniku, należysz do tego grona.

Oto komentarz czytelnika orginal_replica:

Kilka lat temu pisaliśmy o podobnym problemie. Dosyć ostro opisałem [cenzura – pejoratywne określenie grupy osób, które zachowują się w sposób niekulturalny], która pracuje w większości firm. Zostałem za to zganiony przez Damę Blogową. I rzeczywiście – z punktu widzenia pracodawcy jest lepiej mówić o bezcennych siłach, które utrzymują firmę w ruchu :))). Za kogo on (pracodawca) ich ma – nie musi mówić; i to jest święto prowda.

Ale – w każdej firmie są pracownicy i zasoby ludzkie. Zasoby to jest ta część, która ma nikłe lub żadne umiejętności (chodzący przewód pokarmowy), łatwo zastępowalne przez inne jednostki z tego klastra. Wymagają bardzo dużo uwagi i nadzoru, sześć razy przytaknie, że rozumie, po czym tak schrzani robotę jak nikt przedtem. W poniedziałki potrzebuje urlopu na żądanie. Danie wypłaty w środku tygodnia to zezwolenie na kolejny urlop na żądanie do następnego poniedziałku.

Zupełnie nieistotny jest tu poziom formalnego wykształcenia. Któryś z przedmówców pisał o mizerii absolwentów szkół prywatnych. Od 20 lat mam te same doświadczenia – absolwenci 85% kierunków wyższej szkoły gotowania na gazie czy ultrafioletowej pielęgnacji paznokci są ofiarami marketingu i braku rozeznania własnych rodziców. Im razem się wydaje, że jak zapłacą, to dostaną produkt, o którym myśleli/marzyli dla swoich dzieci. Tylko – ci rodzice nie mają pojęcia jak powinien ów produkt wyglądać – no bo skąd? Wałęsa miał im powiedzieć?

Nie pojawia się w małej główce wątpliwość dlaczego dzieci prawnika, lekarza, inżyniera startują do uniwersytetu państwowego i przechodzą ciężki egzamin wstępny?

Nie ma kalkulacji – albo korepetycje, żeby się dostać na UW czy inny UAM i potem pomoc materialna dziecku przez 5 lat, albo tanie czesne w WYŻSZEJ SZKOLE CZEGOŚ TAM, zajęcia w soboty i niedziele i w perspektywie zmywak w Cork, jeśli dziecko opanuje „komunikatywnie” angielski. Wariant drugi to „sukces” polskiej prowincji. Wykołowanej i chcącej prostego obrazu świata „są chipsy, jest zabawa!”

No to kupują kolejną paczkę chipsów. A potem ma się 30 lat i pretensje do świata, że 10 ostatnich zostało zaprzepaszczone. Pytanie – dzięki komu?

Jeśli potrzebuję nowych pracowników z pojemnika „zasoby ludzkie”, to daję ogłoszenie do prasy – otrzymuję 200 zgłoszeń (z tego 100 wysyłanych wszędzie, często nie z moim adresem). Selekcjonuję 40-50 – na telefon odpowiada 20, spośród nich umawia się na spotkanie 15 osób. Przychodzi 5 – reszta nie ma świadomości, że niestawienie się na umówione spotkanie wymaga przynajmniej telefonu odwołującego. Z tych 5 osób 3 nie nadają się do tej pracy, z pozostałych 2 po miesiącu zostaje jedna, bo drugiej np. „mąż zabronił pracować na pierwszą zmianę!” I to jest sukces rekrutacji!!!

Drugi gatunek to pracownicy – osoby rozumiejące ekonomikę firmy, zarządzające zasobami ludzkimi. Zazwyczaj wykształceni w uczelniach państwowych lub samorodki wyselekcjonowane w procesie rekrutacji wewnętrznej. Ich główna cecha to odpowiedzialność za to, co robią. Chęć dokształcania się. Ale często strach przed samodzielnym podejmowaniem decyzji. Tu pracodawca ma duże pole do popisu.

I to te osoby stanowią fundament każdej firmy, jej image.

Trzeba również wiedzieć, że nic nie jest dane raz na zawsze. Dlatego dobrze jest umieć wyselekcjonować osobę spośród pracowników, która osiadła na laurach i zajęła się obroną uzyskanej pozycji. Wtedy krótka piłka – likwidacja stanowiska i wypowiedzenie bez żadnych sentymentów. Rok później trzeba będzie użyć cztery razy mocniejszych argumentów.

I na koniec ciekawostka potwierdzająca tezę, że tylko około 3% ludzi chce i ma odwagę zajmować się biznesem.

W końcu ubiegłego roku wyjeżdżałem na dłużej za granicę i postanowiłem skończyć z działalnością gospodarczą. W lipcu wręczyłem wymówienia wszystkim pracownikom i jednocześnie przedstawiłem im ofertę bezpłatnego przejęcia mojej firmy wraz ze zleceniami i całą bazą danych. Miałem czwórkę pracowników (niektórzy byli u mnie 15 lat) i 50 osób zasobów ludzkich. Wszyscy pracownicy potraktowali moją propozycję jako osobisty zamach na ich… nie wiadomo co? Chciałem im oddać firmę, która dałaby im dochód 4 razy większy od ich pensji. Za friko. Po bardzo burzliwym dniu, kiedy mnie odsądzono od wszelkich uczuć ludzkich (jak śmiem im proponować odpowiedzialność za ich własną firmę!) – zrezygnowałem z pomysłu. Znalazłem młodą osobę, która przejęła po rodzicach biznes i przekazałem jej całość mojej firmy wraz z pracownikami i zasobami ludzkimi. Poprosiłem, żeby pracownikom obcięła na początku uposażenie o 30%, żeby mieć z czego podwyższać, kiedy będzie potrzeba. Zrobiła to i ma ich wszystkich do dyspozycji, ale nie na umowie o prace – jak ja – lecz na zleceniu.

I w ten sposób poznałem cenę odwagi samodzielnej działalności gospodarczej.