Miesiąc: Luty 2011

Kindelkowa „Polityka”

Niedawno zelektryzowała mnie informacja, że tygodnik „Polityka” jest dostępny na tablecie Apple iPad, i już zacząłem wymyślać dodatkowe argumenty uzasadniające nabycie tego urządzenia, gdy dowiedziałem się, że elektroniczna oferta objęła także czytnik Amazon Kindle. I jakby tego było mało, pierwsze dwa tygodnie prenumeraty są darmowe, a potem koszt wynosi tylko cztery dolary miesięcznie, czyli znacznie mniej niż 4 lub 5 wydań papierowych!

Ruszyłem zatem do sklepu Amazon. Zalogowałem się i poleciłem wysłać prenumeratę do mojego Kindelka (Amazon Kindle 2 z oprogramowaniem w wersji 2.5.3). Niestety witryna Amazon odmówiła współpracy i stwierdziła, że wystąpił błąd, który nie powinien wystąpić. :-) Wstrzymałem więc eksperymenty do następnego dnia – wiadomo wszak, że czas leczy wiele problemów, szczególnie w dziedzinie informatyki.

Miałem rację. Owego następnego dnia wszystko poszło bez problemów i już po chwili najnowsze wydanie „Polityki” automagicznie pojawiło się w Kindelku, bezszelestnie przetransmitowane przez sieć komórkową. Niestety w niektórych miejscach brakowało polskich liter, spis treści był wyświetlany dziwacznie, a prawie wszystkie obrazki poznikały. Już chciałem szpetnie zakląć i powiedzieć: „Miało być inaczej, a wyszło jak zwykle!”, ale zanim wydałem z siebie ten pochopny sąd, postanowiłem sprawdzić, jak to wygląda na Kindelce (Amazon Kindle 3 z oprogramowaniem w wersji 3.1).

Uruchomiłem Kindelkę, włączyłem jej WiFi, wybrałem z menu opcję „Sync & Check for Items”, która służy do synchronizacji publikacji w czytnikach przypisanych do tego samego konta i… nic. „Polityka” nie pojawiła się. Wszedłem więc do sklepu Amazon i ponownie zaprenumerowałem tygodnik – tym razem dla Kindelki. Okazuje się, że trzeba oddzielnie płacić za prenumeratę przesyłaną na każde posiadane urządzenie i nie można synchronizować „miejsca czytania” pomiędzy czytnikami! To mi się zdecydowanie nie podoba!

„Polityka” na czytniku Amazon Kindle 3 to zupełnie inna para kaloszy niż na Kindle 2. Niech świadczy o tym poniższy fotoreportaż.

Po pierwsze: okładka. Czarno-biała, ale precyzyjnie odwzorowana:

Kindle Polityka 1

Po drugie: wygodny spis treści podzielony na sekcje (lewa kolumna ekranu) i artykuły należące do danej sekcji (prawa kolumna ekranu). Można wygodnie skakać po całym tygodniku:

Kindle Polityka 2

Po trzecie: artykuły są ilustrowane czarno-białymi fotografiami. Jak można zauważyć nie ma gwarancji, że wydanie elektroniczne będzie zawierało te same fotografie, co wydanie papierowe. Zapewne zawiłości prawa autorskiego w pewnych przypadkach na to nie pozwalają:

Kindle Polityka 3

Po czwarte: rysunki satyryczne. Zgromadzone zostały w osobnej sekcji i możliwe jest ich automatyczne przybliżanie:

Kindle Polityka 4

Podsumowując, uważam elektroniczne wydanie tygodnika „Polityka” dla czytnika Amazon Kindle za bardzo udany eksperyment i usilnie proszę o jego kontynuowanie.

Jeden z czytelników zapytał mnie ostatnio, czy warto kupować Kindle 3, będąc posiadaczem Kindle 2. Redakcja „Polityki” dała mi do ręki potężny argument, żeby odpowiedzieć na to pytanie twierdząco:

TAK, warto wymienić Kindle 2 na Kindle 3 – chociażby po to, żeby cieszyć swoje oczy znakomitą treścią „Polityki” w jednej z najnowocześniejszych form przekazu.

Czas płynie

W takie dni jak dziś (nie pytaj mnie, dlaczego) zastanawiam się, jak to jest z tym czasem. Podobno płynie, podobno nieprzerwanie, ale skąd płynie, gdzie jest jego źródło i do jakiego morza wpada, tego nikt mi jeszcze nie wyjaśnił.

Ciekawi mnie też, dlaczego pojawiamy się znienacka w tym strumieniu chwil i czy czas porywa nas do oceanu wieczności, gdy odchodzimy z tego świata.

A może to nie my płyniemy w czasie, tylko czas przepływa przez nas wyciskając piętno na naszym ciele i umyśle, rzeźbiąc w nich meandrowe wąwozy i nieregularne pagórki i pozostawiając po sobie osobliwe ostańce. Gdzie w takim razie podziewa się to, co zostaje wypłukane? Na przykład złudna fascynacja światem, z którą wszyscy się rodzimy, ale z którą niewielu umiera? Albo wiara we własne siły i lepszą przyszłość?

Niezależnie od tego, jak to jest z tym czasem, warto bez skrupułów zadbać o jego jak najlepsze wykorzystanie – tu i teraz. Bo czasu, tak jak i Wisły, nie da się zawrócić. Ani kijem, ani nawet pompą strażacką.

Zatem:

Dbaj o każdą chwilę niezależnie od tego, czy to ty płyniesz przez nią, czy ona przenika przez ciebie!

Zapanuj nad dniem pracy!

Kilka lat temu Michael Linenberger opublikował książkę „Total Workday Control Using Microsoft Outlook”. Kupiłem ją, jednak nigdy nie udało mi się do niej zabrać. Leżała sobie na półce „do przeczytania” i leniwie pokrywała się kurzem Widząc moją obojętność Michael Linenberger wziął się do roboty i wyszedł ze swoimi pomysłami poza hermetyczne środowisko oprogramowania firmy Microsoft. W 2010 roku ukazała się jego kolejna książka „Master Your Workday Now!” Przeczytałem ją już dosyć dawno, ale nie zainspirowała mnie do natychmiastowego podzielenia się refleksjami na temat jej użyteczności. Cóż, nadal jestem entuzjastą metody GTD (Getting Things Done) Davida Allena, a przedstawiony w książce system opisuję w wielkim skrócie tylko dla porządku i dla kilku celnych cytatów.

Michael Linenberger proponuje stosowanie dziennych list zadań do zrobienia, które dzieli na kilka sekcji pozwalających zapanować nad priorytetami pracy:

  • Critical Now – sekcja zadań, które muszą być zrealizowane danego dnia. Bez dyskusji. Sekcji tej nie wolno nadużywać i nie służy ona do gromadzenia spraw ważnych (w ogólnym znaczeniu tego słowa). To miejsce dla spraw na dziś – takich, bez których załatwienia nie możesz wyjść z pracy.
  • Target Now – opcjonalna podsekcja sekcji Opportunity Now zawierająca kilka zadań o najwyższym priorytecie.
  • Opportunity Now – sekcja zadań, do których trzeba się zabrać w tym lub następnym tygodniu. Należy to robić po załatwieniu spraw należących do sekcji Critical Now. Autor zaleca ograniczanie liczby pozycji w tej sekcji do 20.
  • Over the Horizon – osobna sekcja odpowiadająca liście Może Kiedyś w metodzie GTD, gdzie gromadzone są zadania, które w najbliższym czasie z pewnością nie muszą być przedmiotem zainteresowania. Sekcję tę należy okresowo przeglądać i można ją nawet podzielić na podsekcje: przeglądaną co tydzień, co miesiąc, co 3 miesiące, co 6 miesięcy i co 12 miesięcy.

Jest to jakiś system, zapewne sprawdzający się w środowisku biurowym, gdzie pilność jest ważniejsza od wagi załatwianych spraw, jednak w dziedzinie planów dziennych bardziej odpowiada mi metoda ZTD (Zen To Done) Leo Babauty, którą wyczerpująco opisałem w cyklu wpisów „Wakacyjny kurs ZTD”.

A teraz pora na kilka celnych cytatów.

Dwie najważniejsze zasady systemu:

  • Wpisuj do sekcji Critical Now tylko te zadania, które przejdą „test wyjścia z pracy”: czy pracowałbyś do późna w nocy, żeby je skończyć? Jeśli nie, zapisz je gdzie indziej. Ten surowy test pozwala zredukować sekcję Critical Now do rozsądnych rozmiarów. Rzadko będzie ona zawierała więcej niż trzy do pięciu pozycji, a często nawet mniej. To znacznie redukuje poziom codziennego stresu i pozwala lepiej skupić się na pracy.
  • Ograniczaj wielkość sekcji Opportunity Now do nie więcej niż 20 pozycji, przesuwając zadania o najniższym priorytecie poza horyzont (do sekcji Over the Horizon). Ten element zarządzania całym procesem jest prawdopodobnie najtrudniejszy, ale konieczny dla zapewnienia użyteczności systemu.

Michael Linenberger „Master Your Workday Now!” (51)

„To, czemu poświęcasz uwagę, rośnie jak na drożdżach.”

Michael Linenberger „Master Your Workday Now!” (175)

Wszyscy mamy tendencję do szukania gdzie indziej lepszych warunków pracy, jednak zanim zaczniesz rozglądać się poza obszarem swojego obecnego działania i, być może, szukać nowej posady, zapamiętaj jedno: prawie każdy może znaleźć głębszy sens pracy na swoim dotychczasowym stanowisku. Zachęcam cię do rozpoczęcia od tego z dwóch powodów. Po pierwsze tak jest łatwiej i szybciej, zmiana pracy wymaga czasu i wysiłku, przez co może niepotrzebnie odwlec osiągnięcie przez ciebie satysfakcji. Po drugie zaś, jeśli nie potrafisz znaleźć inspiracji na obecnym stanowisku, prawdopodobnie nie znajdziesz jej też i gdzie indziej. Z taką postawą masz szansę wpaść w spiralę nieszczęścia i cierpiętnictwa.

Michael Linenberger „Master Your Workday Now!” (230-231)

Wiele osób podchodzi do kwestii pracy i emerytury w następujący sposób: „Będę ciężko zasuwał w robocie, której nie lubię, a życiem zacznę się cieszyć na zasłużonej emeryturze.”

Taka postawa nie dość, że powoduje roztrwonienie możliwości pojawiających się w życiu i pracy tu i teraz, to jeszcze nie gwarantuje powodzenia takiego planu w przyszłości. Jak już wspomniałem wcześniej, jeśli nie będziesz potrafił znaleźć satysfakcji na aktualnym i następnych stanowiskach, prawdopodobnie twoja emerytura też nie przyniesie ci zadowolenia.

Michael Linenberger „Master Your Workday Now!” (248)

Co byś zrobił, gdybyś wiedział, że możesz zrobić cokolwiek i na pewno nie poniesiesz porażki?.

Michael Linenberger „Master Your Workday Now!” (306)

Cała wiedza świata

W mrocznych latach 1980-tych, w mojej głowie rozbłysło pewne marzenie. Pomyślałem sobie wówczas:

Fajnie by było, gdyby powietrze było nasycone całą wiedzą ludzkości.

I teraz, po niespełna trzydziestu latach, dysponujemy tym, co mnie wówczas tak zafascynowało: internet i sprytne telefony komórkowe udostępniają nam całą wiedzę ludzkości wszędzie tam, gdzie tylko mamy zasięg.

Każdy może za darmo czerpać z przepastnych zasobów Wikipedii, przeglądać katalogi dostawców z całego świata, czytać artykuły udostępniane przez ekspertów z najwyższej półki, a nawet oglądać bieżący kolor majtek tej czy innej celebrytki. Dla każdego coś miłego, interesującego lub rozwijającego.

Nie przewidziałem jednak, że ten powszechny i natychmiastowy dostęp do wiedzy wywoła tak olbrzymią niechęć do jej pogłębiania. Ludzie przestają się uczyć, gimnastykować swój umysł, bo przecież wszystko można obecnie wyguglać.

Wyguglać rzeczywiście można, ale niewytrenowany mózg nie jest w stanie wspiąć się na wyższe poziomy abstrakcji. Nie ma fundamentu podstawowej wiedzy umożliwiającego budowanie bardziej złożonych struktur koncepcyjnych.

Bo nie wystarczy przeczytać, że istnieją bramki logiczne NAND i NOR, żeby potem zrozumieć, jak działają komputery. Trzeba „czuć” sposób ich działania, na tej podstawie zbudować „czucie” działania przerzutników i dalej rejestrów oraz zbudowanych z nich większych układów logicznych, takich jak procesory, pamięci i interfejsy.

Nie wystarczy też posiadanie pod ręką wykazu instrukcji języka Java, żeby pisać dobre programy komputerowe. Umysł profesjonalnego programisty „myśli” w języku Java (albo C++, albo Ruby), jest nim po prostu przesiąknięty. Dzięki temu może on tworzyć złożone systemy, nie sprawdzając co chwilę, czy składnia użytej instrukcji jest prawidłowa, a średnik postawiony we właściwym miejscu.

Z jednej strony żyjemy więc we wspaniałym środowisku, które karmi nas swoim bogactwem informacyjnym, z drugiej jednak strony grozi nam epidemia powierzchowności i płytkiego pojmowania otaczającego nas świata.

Mam nadzieję, że ten wirus nierozumienia jeszcze cię nie dosięgnął. Życzę ci tego z całego serca!

Nikt nie może cię obrazić

Nikt nie może cię obrazić. Ani wyprowadzić z równowagi. Ani rozzłościć. Ani rozkochać w sobie.

Nikt nie może tego wszystkiego zrobić, jeśli…

Ty mu na to nie pozwolisz!

Może sobie gadać, co chce. Może pluć na ciebie albo obsypywać cię kwiatami. Może robić tysiące innych rzeczy, ale i tak…

To ty masz prawdziwą władzę!

To ty rządzisz swoimi reakcjami i emocjami. A jeśli nie rządzisz, to jak najszybciej, najlepiej już dziś, powinieneś zacząć trening w tej dziedzinie.

Nie pozwól, żeby ktoś swoimi słowami lub czynami wwiercał ci się do mózgu albo serca, żeby wywoływał tam zamęt i prowokował twoje nieprzemyślane reakcje.

Bądź jak tafla wody – gładka, lecz gotowa do przyjęcia padającego na nią kamienia i odpowiadająca kolistymi falami, których wielkość nie jest ani za duża, ani za mała i które już po chwili znikną bez śladu.

Tafli wody też nie można obrazić, a ten kto próbuje, naraża się tylko na śmieszność.

Bo go lubi szef!

Często spotykam się z postawą:

Gdyby szef mnie tak lubił, jak Abackiego, to też bym awansował / dostał samochód służbowy / zrobił karierę.

Choć stwierdzenie takie jest zapewne prawdziwe, większość ludzi wyciąga z niego niewłaściwe wnioski.

Zazdrość i zawiść staje się motywem ich działania. Dyskredytują sukcesy Abackiego, oczerniają go, utrudniają mu działanie, a także szkalują szefa i oskarżają go o bezpodstawne wyróżnianie pracowników lub nawet o osiąganie korzyści osobistych.

Nie twierdzę, że każdy szef i każdy Abacki są krystalicznie uczciwymi ludźmi. Zdarzają się przypadki żenującego kumoterstwa, nepotyzmu i nieuczciwości. Jednak znacznie częściej szefowi naprawdę zależy na skutecznej realizacji zadań, które stawiają przed nim przełożeni, i bardziej lubi tych pracowników, którzy lepiej pomagają mu osiągnąć tak mierzony sukces.

Dlatego, zamiast knuć, żeby Abacki popadł w niełaskę, zastanów się, co ty sam powinieneś zrobić, by stać się lubianym pracownikiem – w profesjonalnym znaczeniu tego słowa. Czego powinieneś nauczyć się, jak powinieneś zmienić swoje postępowanie, co powinieneś robić skuteczniej, a co jest tylko nieistotnym szczegółem, o który nie warto się kłócić.

Nie pytaj co twój szef może zrobić dla ciebie. Zapytaj, co ty możesz zrobić dla swojej firmy i reprezentującego ją szefa.

Społeczeństwo psiej kupy

W ubiegłym roku, mniej więcej o tej samej porze opublikowałem wpis Kupa, kupa, kupa, w którym stwierdziłem, że przyczyną śmierdzącego problemu w postaci wszechobecnych psich kup jest brak kultury właścicieli czworonogów. Minęło prawie dwanaście miesięcy, wiele się w tym czasie wydarzyło i mam nową, jeszcze smutniejszą teorię na ten temat.

Jesteśmy społeczeństwem psiej kupy.

Społeczeństwem samolubnych osobników, którzy uciekają od odpowiedzialności i troski o wspólne dobro, a całą kreatywność skupiają na wymyślaniu wymówek i usprawiedliwień dla swoich zaniechań.

Jesteśmy społeczeństwem bez jaj – jaj do pozytywnego, systematycznego działania. Najlepiej wychodzi nam krytykowanie, że „oni” czegoś nie zrobili, natomiast o własnym braku aktywności dumnie milczymy, a nawet aktywnie bronimy naszego prawa do zostawiania kup na chodniku.

Ta abnegacka filozofia prowadzi do kompletnego rozkładu społecznej tkanki, która powinna na co dzień łączyć Polaków, do kompletnej dezorientacji moralnej i prawnej.

Przeczytałem niedawno w gazecie następującą wypowiedź przedstawicielki warszawskiej straży miejskiej:

Za niszczenie trawnika kierowcom grozi grzywna nawet do 1 tys. zł. Ale od czasu ostatnich opadów śniegu strażniczy tłumaczą się, że mają związane ręce. Dlaczego? Kodeks wykroczeń (art. 144) mówi, że strażnik może wlepić mandat tylko wtedy, jeśli udowodni, że trawnik jest rozjeżdżany. – Nie stwierdzi tego, jeśli trawnik przykryty jest warstwą śniegu. W takiej sytuacji jesteśmy bezradni – przekonuje Monika Niżniak.

I sprawa załatwiona. Typowy przykład kreatywnej wymówki popartej nawet paragrafem. A że trawnik będzie rozjeżdżony, to „ich” wina, a nie nasza.

Najbardziej martwi mnie powszechność tego zjawiska. Dziwimy się, gdy ktoś bierze za coś odpowiedzialność, normalne bowiem jest to, że za psie kupy, rozjeżdżone trawniki, dziury w jezdniach, ledwo dyszące lokomotywy i spadające samoloty odpowiedzialni są „oni” i niesprzyjające okoliczności przyrody.

Rok temu pytałem:

A może jest jednak jakaś nadzieja?

Teraz zaczynam poważnie wątpić…