Rok: 2010

Ból czerwonego światła

Czerwone światło na skrzyżowaniu boli jak nóż wbijany prosto w serce.

Jeszcze przed chwilą zielone sygnalizowało, że mogę jechać, że świat należy do mnie, że moje plany są realne i że nie będę gorszy od innych kierowców, którzy jadą przede mną.

I nagle zieleń zmienia się w ostrzegawczą żółć – żółć, która stawia pod znakiem zapytania moją wolność i nakazuje przygotować się na najgorsze.

Nie, nie mogę na to pozwolić! Nic mnie nie zatrzyma. Dlaczego ja?

I choć cisnę gaz, ile sił w nodze, wiem, że nie zdążę, że czerwień błyśnie w narożniku mojej szyby i krzyknie drwiąco:

„Nie dla psa kiełbasa! Stój i grzecznie czekaj. Patrz, jak w oddali znikają tylne światła tych, którzy dali radę przeskoczyć.”

I wtedy zamykam oczy. Albo pluję wzrokiem sygnalizatorowi prosto w ohydne przekrwione ślepia. I mknę niepowstrzymany ku wolności, bo gdybym się zatrzymał, byłbym tchórzem niegodnym zmagań z innymi herosami szos, którym niestraszne są ograniczenia i nakazy.

A może wówczas po raz pierwszy zwyciężyłbym swój jaszczurczy mózg, który tak boi się, boi się, boi się…, że inny jaszczurczy mózg zaśmieje mu się prosto w twarz?

Nie, ból czerwonego światła jest zbyt dotkliwy, żebym pozwolił sobie na taką słabość…

Po 4 latach

5 sierpnia 2006 roku o godzinie 14:40 narodził się BIZNES BEZ STRESU.

5 sierpnia 2010 roku światło dzienne ujrzał mój 1341 wpis.

W lipcu bieżącego roku Paul Graham opublikował felieton pod tytułem „How to Lose Time and Money” („Jak tracić czas i pieniądze”). Myślę, że warto przeczytać ten esej.

Graham zauważył, że bogaci ludzie znacznie częściej tracą swoje fortuny nie z powodu kupowania luksusowych towarów, lecz przez uporczywe, nietrafne inwestowanie. Kupując dziesiąte Ferrari czy piątego Maybacha, zaczynamy odczuwać pewien dyskomfort – wiemy, że to są tylko zabawki i zbytek. Ten dyskomfort znika, gdy nasze zakupy okrasimy etykietką „inwestycja”. I nie ma znaczenia, czy jest to inwestycja w kolekcję samochodów, czy w przekręt typu Warszawska Grupa Inwestycyjna. Słowo „inwestycja” kompletnie usypia naszą czujność.

Według Grahama podobnie rzecz się ma w przypadku naszego podejścia do czasu. Siedząc bezmyślnie przed telewizorem, również czujemy swego rodzaju niesmak. Doskonale wiemy, że tracimy cenne chwile naszego życia, oglądając transmisje z wypraw krzyżowych pod Pałacem Prezydenckim. Ale wystarczy, że nazwiemy coś pracą, i już inwestycja naszego czasu staje się usprawiedliwiona i pożyteczna. Nagle gapienie się w szklany ekran zaczyna poszerzać nasze horyzonty, nie mówiąc już o przeglądaniu internetu i pielęgnowaniu naszej w nim obecności (poczta elektroniczna, portale społecznościowe, blogi itp.).

Od pewnego czasu zaczął mnie męczyć obowiązek codziennego publikowania jakiegoś wpisu. Szczególnie to „jakiegoś” budziło moje coraz większe wątpliwości. Z jednej strony wielu czytelników podziwiało moje zdyscyplinowanie, jednak dostrzegłem, że niektóre wpisy pojawiły się tu z obowiązku jeno, a nie z potrzeby.

W związku z tym postanowiłem, że od dnia dzisiejszego będę publikował nowe wpisy w każdy:

  • poniedziałek – na dobry początek tygodnia;
  • czwartek – do pomyślenia na weekend.

Nie wykluczam okazjonalnych wpisów w międzyczasie, lecz bez żadnych zobowiązań.

Ograniczając częstotliwość publikacji, chciałbym osiągnąć dwa cele:

  1. Nadać moim wpisom głębszy i bardziej osobisty charakter.
  2. Wykroić czas na nowe przedsięwzięcia.

„To infinity and beyond!” – Buzz Lightyear.

Myślenie zawczasu

Twój mózg jest z natury leniwy. Woli myśleć wtedy, kiedy nie ma już innego wyjścia. Wcześniejsze myślenie uważa za niepotrzebną stratę energii. Zawsze przecież może się okazać, że trudził się na próżno, bo mleko i tak na szczęście się nie rozlało… No właśnie… Na szczęście…

Szczęściu należy pomagać, a nie zdawać się tylko na ślepy los. Przekonaj zatem swój mózg, żeby nauczył się myśleć zawczasu, to znaczy wtedy, kiedy katastrofa jest jeszcze tylko jednym z możliwych scenariuszy. W ten sposób będziesz mógł działać skuteczniej niż 95% osób żyjących na naszej planecie. W ten sposób będziesz gotowy do zastosowania metody Getting Things Done Davida Allena.