Miesiąc: Październik 2010

Moje okruchy życia z GTD

Slice of GTD Life

Z wielką przyjemnością przyjąłem niedawno zaproszenie Kelly Forrister z David Allen Company do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi bezstresowego życia z GTD. W ponad dwudziestominutowej rozmowie za pośrednictwem Skype’a miałem okazję zaprezentować swoją opinię na temat GTD i opisać narzędzia, jakie stosuję do obsługi tego systemu:

  • w pracy:
    • Oprogramowanie Lotus Notes skonfigurowane zgodnie z zaleceniami zamieszczonymi w dokumencie „GTD AND LOTUS NOTES SETUP GUIDE” opracowanym przez David Allen Company.
  • w domu:
    • Notatniki Moleskine zawierające listy Projektów i Najbliższych Działań.
  • w drodze:
    • Nokia E71 jako terminarz, pamięć list Najbliższych Działań i notatnik (tekstowy, głosowy i obrazowy).
    • Portfel/notatnik „GTD NOTETAKER WALLET – TRIFOLD STYLE BLACK” zaprojektowany przez Davida Allena.

Ponadto, podczas rozmowy z Kelly zasygnalizowałem uruchomienie nowego projektu „Productive Tunes – Music that makes you productive!”, w ramach którego zamierzam zrealizować swoje marzenie z młodości i zostać gwiazdą muzyki (produktywnej). Jako pierwszą opublikowałem „Weekly Review Fanafare” – fanfarę, którą można odtwarzać tylko po uczciwym wykonaniu Przeglądu Tygodniowego. :-)

Wywiad ze mną jest dostępny bezpłatnie dla wszystkich członków GTD Connect – klubu zrzeszającego użytkowników metody Getting Things Done.

Stresujące GTD – komentarz Maćka

Ponieważ nie wszyscy Czytelnicy BIZNESU BEZ STRESU śledzą komentarze, postanowiłem w głównym wątku przytoczyć znakomity komentarz Maćka do wpisu Stresujące GTD. Oto on:

Osobiście sam od pewnego czasu prowadzę swój system zarządzania sprawami „do załatwienia” i w zasadzie mógłbym wyznaczyć 4 poziomy wprowadzania takiego sytemu:

  • Poziom 0: nie stosuję żadnego systemu, mój czas dzielę między obijaniem się (nazywane czasem złudnie odpoczywaniem) i stresującymi momentami, gdzie robię ważne rzeczy na ostatnią chwilę. Zaleta: dużo czasu wolnego, wada: ciągłe, podświadome napięcie, ile to rzeczy jeszcze trzeba zrobić – co w zasadzie uniemożliwia pełny relaks.
  • Poziom 1: wprowadzam swoją metodologię zarządzania: tworzę listy rzeczy do wykonania, próbuję załatwiać kolejne sprawy z tych list. Jednak od razu się okazuje, że listy wydłużają się w zastraszającym tempie (bo trzeba dopisać jeszcze to, i to i tamto). Wada: drastyczne ograniczenie czasu wolnego, podniesienie poziomu stresu tym, co trzeba wykonać. Zaleta: niewiele zalet, może tylko uświadomienie sobie, czego jeszcze nie zrobiłem. Istnieje pokusa powrotu do poziomu 0, gdzie przynajmniej było dużo czasu wolnego.
  • Poziom 2: Jeżeli nie ulegniemy pokusie opisanej wyżej, po pewnym czasie osiągamy równowagę, gdzie ilość spraw przychodzących równa się ilości spraw załatwionych. U mnie pojawia się po około 3 tygodniach. Zaleta: zaczynamy mniej więcej ogarniać wszystkie sprawy. Wada: trzeba wkładać dużo energii, by zachować tę równowagę, zyskane poczucie kontroli może być złudne. Pokusa: skoro wydaje się nam, że już kontrolujemy nasze życie, mamy ochotę sobie odpuścić. Osobiście często padam właśnie na tym etapie.
  • Poziom 3: Jeżeli wytrwamy na poziomie 2, to po pewnym czasie listy spraw do załatwienia zaczynają się wyraźnie kurczyć. Większość nowych spraw załatwiamy od razu. Efekt: pojawia się duży nadmiar wolnego czasu. Aby nie stał się on wadą (dla niektórych może to być bardzo stresujące), musimy szybko wznieść się na
  • Poziom 4: w którym to dopiero możemy poświęcić zyskany czas na rozwój zainteresowań, naukę nowych rzeczy czy pogłębianie relacji, które są dla nas ważne.

Tak, zgadzam się, że wprowadzanie GTD i podobnych metod może być bardzo stresujące. ;)

Stresujące GTD

Ironią losu jest to, że dla wielu osób początkowy etap wdrożenia GTD (metody Getting Things Done stworzonej przez Davida Allena) podwyższa ogólny poziom życiowego stresu, zamiast, zgodnie z obietnicami, go zmniejszać. Ludzie ci wiedli dotychczas stosunkowo bezstresowe życie, nie przejmując się zbytnio rzeczami, które powinni lub mogliby robić. Od czasu do czasu musieli gasić pożary wzniecane przez niezałatwione w porę sprawy, ale poza tym nie mieli żadnego poczucia winy związanego z zaniechaniem jakiegoś działania. Po prostu o tym nie myśleli.

Tymczasem jednym z elementów wdrożenia GTD jest przeprowadzenie pełnej inwentaryzacji tego, co powinno cię obchodzić. Wymiecenie wszystkich brudów, które przez lata nagromadziły się pod dywanem. I określenie swojego uczciwego stosunku do tych spraw: czy chcesz coś z nimi zrobić, czy też świadomie, nic nie robiąc, odkładasz je do szuflady z napisem „zrobione”.

Takie spojrzenie prawdzie w oczy może zaiste być bardzo nieprzyjemne. Wszystko, co do tej pory ignorowałeś, staje ci przed oczami w jaskrawym świetle logiki procesu przetwarzania spraw GTD.

Powiem szczerze: są ludzie, którzy aż do samej śmierci nie potrafią zmierzyć się z rzeczywistością. Ale ci, którzy podejmują to wyzwanie, zostają nagrodzeni wspaniałym uczuciem panowania nad swoim życiem i gotowości do odpowiedniej reakcji na wszelkie niespodzianki (zarówno dobre, jak i złe), którymi chce poczęstować ich los.

Życzę Ci osiągnięcia tego miłego stanu, Mój Drogi Czytelniku!

The Social Network – dylematy człowieka czynu

To było nieuniknione. Musiałem zobaczyć „The Social Network” – film o Marku Zuckerbergu, twórcy Facebooka, najmłodszym miliarderze naszych czasów. Obraz Davida Finchera jest bardzo dobrze opowiedzianą, choć miejscami znacznie odbiegającą od faktów, historią powstania tego najpopularniejszego obecnie portalu społecznościowego. W wielu środowiskach kogo nie ma na Facebooku, ten nie istnieje.

Mark Zuckerberg został w filmie przedstawiony w sposób niejednoznaczny. Z jednej strony wydaje się być aroganckim szczeniakiem, który bez skrupułów wykorzystuje znajomych i przyjaciół, ale z drugiej strony konsekwentnie prowadzi swoją firmę i współpracowników, którzy podzielają jego punkt widzenia, ku globalnemu sukcesowi. Nie toleruje w swoim otoczeniu osób, które nie ogarniają jego wizji i usiłują skierować całe przedsięwzięcie na inne tory.

Myślę, że ten wątek: jak pogodzić lojalność wobec współpracowników z lojalnością wobec firmy i wymyślonej przez siebie strategii jej rozwoju, jest jednym z najważniejszych tematów do przemyśleń po powrocie z kina.

Jeśli twoje ambicje ograniczają się do pracy na etacie, prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej czy samodzielnego uprawiania ziemi, nie masz takich dylematów. Natomiast, gdy twoim celem jest wielki sukces biznesowy, potrzebujesz wsparcia wielu osób. Na początku są to z reguły przyjaciele, znajomi i członkowie rodziny. I wszystko jest dobrze do momentu, kiedy twoja wizja zaczyna przerastać niektórych członków zespołu. Zaczynają wówczas być „hamulcowymi”. Bardzo często robią to z dobrego serca, chcąc cię uchronić od wielkiej porażki.

Właśnie wtedy musisz podejmować najtrudniejsze decyzje: zrezygnować ze swojej strategii rozwoju firmy i zachować ich przyjaźń, czy iść dalej bez nich. Często jest tak, że tylko jeden z twoich przyjaciół „nie nadąża” i dla dobra pozostałych musisz go porzucić na początku drogi. Jak Beatlesi Pete Besta. Jak Pink Floydzi Syda Barretta.

Uważam, że jedynym etycznym rozwiązaniem w takiej sytuacji jest szczera rozmowa i dołożenie wszelkich starań, żeby przekonać nieprzekonanych do swojej wizji. A jeśli to nie pomoże, elegancko rozstać się i pójść w swoją stronę. Niestety często takie rozstania nie przebiegają łagodnie, ponieważ każdy zwykle przecenia swoją rolę w sukcesach, do których się przyczynił. Ale taka już jest ludzka natura…

Rzeczywistość i fikcja

W książce „Wolność” Daniel Suarez kontynuuje opowieść o walce o przyszły kształt zachodniej cywilizacji, jaką toczą ludzie, których wysiłki koordynuje Demon, czyli zaawansowane oprogramowanie sieciowe, wyposażone w podstawowe, bardzo proste i już obecnie istniejące w grach komputerowych mechanizmy sztucznej inteligencji. Bo prawdziwą, zbiorową inteligencję Demona tworzą właśnie jego „żołnierze”. Armia ta dysponuje przerobionymi na śmiercionośne roboty pojazdami: zmodyfikowanymi samochodami „AutoM8” i jednośladami, które ochrzczono „kolcogrzbietami”.

Establishment, przeciwko któremu walczy Demon, usiłuje ukryć istnienie problemu, wykorzystując do tego celu prywatne firmy public relations. Oto fragment zapisu z narady, w której wzięli udział przedstawiciele rządowych agencji i tychże firm. Zapewniam was, że manipulacje w takiej skali czekają nas niebawem, o ile już nie żyjemy w spreparowanym świecie. Bo jak to było naprawdę z lądowaniem ludzi na Księżycu, atakiem talibów na World Trade Center i bronią masowego rażenia Saddama Husajna?

BCM: Nieważne. Jeśli do mediów wycieknie informacja, że Demon przejął kontrolę nad sieciami tysięcy korporacji, na giełdach wybuchnie panika.

CSC: Panie dyrektorze, mogę pana zapewnić z całą stanowczością, że żaden z umieszczonych w sieci filmików z kolcogrzbietami nie stanie się na tyle wiarygodny, by przebić się do mainstreamowych mediów.

NSA: Ale one rozprzestrzeniają się po całym internecie. Miliony ludzi już je widziały.

EndoCorp: Nie jest to problem nie do przejścia.

NSA: Co ma pan na myśli?

EndoCorp: Zastrzegliśmy znak firmowy „Kolcogrzbiet”.

NSA: I co to miałoby zmienić?

EndoCorp: Zyskujemy podstawę prawną do dysponowania wizerunkiem kolcogrzbietów. Rozsyłamy wiadomości, że to wiralowa kampania reklamowa nowej gry komputerowej.

CSC: A to oznacza, że opinia publiczna nie potraktuje ich poważnie.

NSA: Czyj to był pomysł?

CSC: Nie szukałbym pojedynczych osób. Za opracowanie strategii odpowiada nasz zespół do spraw public relations. Dzieci internetu będą je traktowały jako kampanię marketingu partyzanckiego.

CIA: Tylko że są świadkowie, którzy widzieli je naprawdę. Są też prawdziwe trupy. Jak to wyjaśnicie?

BCM: Rzeczywistość i fikcja mają w marketingu ten sam ciężar gatunkowy. Na szczęście rzeczywistość nie wystawia rachunków za reklamę.

CSC: Ich obecność i powtarzalność pozwala stworzyć wirtualną prawdę.

EndoCorp: Zajęliśmy się neutralizacją naocznych świadków na forach publicznych, zmieniając ich wątki we flame’y i podważając ich wiarygodność jako trendsetterów nowej gry, którzy realizują kampanię szeptaną. Stworzyliśmy też trójwymiarowe modele obiektów i fałszywe filmiki „zza kadru”, żeby udowodnić, że nagrania z telefonów i kamer przemysłowych to podróbki.

BCM: Czyli jest tak, że opinia publiczna wie o kolcogrzbietach, ale nie ma pojęcia, co tak naprawdę wie?

FBI: Wychodzi na to, że zaczęliśmy stosować sztuczki wroga?

BCM: Powiem więcej – może się okazać, że jeszcze na tym zarobimy.

Daniel Suarez „Wolność” (21-22)

Teoria wybitego dopalacza

Nie znam się na dopalaczach. Nie jestem chemikiem ani lekarzem, ani konsumentem tych substancji. W całej tej sprawie interesuje mnie jedynie obłuda i nieudolność naszego państwa.

We wpisie tym przyjmuję za dobrą monetę słowa naszego premiera, że dopalacze to zło, które władze będą tępiły z pełną determinacją. Nie wiem, czy są one groźniejsze od alkoholu, papierosów lub muchomorów, ale załóżmy, że tak jest. Niech to będzie nasza hipoteza robocza.

Opinie o szkodliwości dopalaczy znane są od wielu miesięcy, jeśli nie lat. Proceder sprzedaży tych substancji jako „wyrobów kolekcjonerskich” też nie został wymyślony wczoraj. Dlaczego więc nasza policja, prokuratura, sądy, wreszcie rząd tak długo tolerowały tę schizofreniczną patologię? Dlaczego nikt nie zajął się sprawą wtedy, kiedy punktów sprzedaży „wyrobów kolekcjonerskich” było pięć, a nie 1000? Dlaczego brakiem działania organy państwowe w pewnym sensie zachęcały do rozwoju tego biznesu w myśl zasady, że co nie zabronione, jest dozwolone?

Dlaczego urzędnicy pozwalali, żeby instytucje, których są przedstawicielami, były obiektem kpin i żenującej zabawy w słówka. To mi się po prostu nie mieści w głowie!

Przechodziłem niedawno obok pustego lokalu handlowego, na drzwiach którego wisiało ogłoszenie dotyczące możliwości jego wynajęcia. I w ogłoszeniu tym widniało zastrzeżenie, że przyszły najemca nie będzie mógł w tym miejscu handlować wyrobami kolekcjonerskimi i narkotykami. Ludzie! Czy wyście się z końmi na łby pozamieniali?

Dziwię się, że osoby rozpowszechniające pornografię dziecięcą nie zaczęły jeszcze jej udostępniać jako wyrobów kolekcjonerskich…

Uważam, że reguły powinny być jasne. Albo coś jest legalne i można to robić bez uciekania się do lingwistycznych sztuczek, albo nie. A jeśli nie, to każdy wykryty przejaw takiej działalności powinien być tępiony niezależnie od skali. Odkryto to już bardzo dawno temu, nazwano Teorią Wybitego Okna i zastosowano z powodzeniem w Nowym Jorku, a potem w wielu innych miejscach na świecie.

Ale do tego trzeba mieć jaja i być konsekwentnym…

Tymczasem idzie zima. Napraw w swoim domu uszkodzone okna, bo będzie zimno. Całego świata i tak nie zbawisz, ale możesz zrobić coś pożytecznego w zasięgu swojego wzroku. Powodzenia!