Miesiąc: Kwiecień 2010

Bezpieczeństwo kosztuje

Bezpieczeństwo kosztuje. Przede wszystkim w sensie materialnym. Słuszny postulat, żeby najważniejsze osoby w państwie nie podróżowały razem jednym samolotem, przekłada się bezpośrednio na brzęczące złotówki, które każdy podatnik musi wysupłać z kieszeni. A stąd już niedaleka droga do populistycznych haseł, które ma w zanadrzu każda opozycja, że władza wozi swoje tyłki w luksusowych, przestronnych kabinach samolotów, kiedy my musimy tłoczyć się w przepełnionych autobusach. I tak mija rok za rokiem i budzimy się z ręką w nocniku, gdy coś spadnie albo wydarzy się inne nieszczęście.

I nie ma co gadać po próżnicy o procedurach, o tym, że Prezydent nie może z Premierem, a generał z generałem, kiedy zawsze znajdą się tacy, którzy skrupulatnie rozliczą użycie o jednego samolotu za dużo.

Po wypadku polskiego prezydenckiego samolotu w amerykańskiej prasie pojawiły się pełne niedowierzania komentarze dotyczące braku lub nieprzestrzegania procedur dotyczących wspólnych podróży wysokich urzędników państwowych. Tyle że w Stanach Zjednoczonych:

  • Prezydent ma do dyspozycji dwa samoloty Boeing VC-25 (zmodyfikowana wersja Jumbo Jeta Boeing 747-200B), z których każdy kosztował 325 milionów dolarów i których roczne utrzymanie pożera podobną sumę. Zakupy produktów żywnościowych na potrzeby Air Force One odbywają się incognito, w losowo wybranych sklepach, żeby zmniejszyć ryzyko zatrucia („How Air Force One Works” / How Stuff Works). Przed samolotem prezydenckim do celu podróży dociera inny samolot: towarowy C141 Starlifter, którego zadaniem jest dostarczenie na miejsce opancerzonych samochodów wchodzących w skład kolumny prezydenckiej.
  • Wiceprezydent ma do dyspozycji jeden z czterech Boeingów C-32A (zmodyfikowana wersja Boeinga 757-200), z których każdy kosztował 65 milionów dolarów.

Oprócz kosztów materialnych, bezpieczeństwo wymaga także wysiłku, dyscypliny i czasu. To nie przypadek, że mimo wyposażenia każdego samochodu w pasy, wciąż wiele osób ginie w wypadkach lub odnosi ciężkie obrażenia z powodu ich niezapięcia. To nie przypadek, że zdarza się tak wiele wypadków z powodu rozwinięcia nadmiernej prędkości. Brak czasu skłania kierowców do podejmowania nieuzasadnionego ryzyka.

Reasumując, uważam, że wypadek pod Smoleńskiem powinien z jednej strony być impulsem do odpowiedniego ponadpartyjnego zadbania o bezpieczeństwo osób, które sami wybraliśmy na najwyższe urzędy w państwie, a z drugiej strony skłonić każdego z nas do refleksji, czy ryzyko, które podejmujemy na co dzień, jest naprawdę uzasadnione, czy przybycie do celu podróży kilkanaście minut wcześniej jest ważniejsze od naszego życia i zdrowia.

Szczęście

Usłyszałem ostatnio, że:

Szczęście to stopniowe obniżanie swoich wymagań, aspiracji i oczekiwań… aż nie zostanie z nich nic.

Myślę, że autor tej złotej myśli pomylił szczęście z abnegacją.

Niewątpliwie, rezygnacja z walki o to, co nieistotne, z chęci zmieniania tego, czego zmienić się nie da, i z pogoni za rzeczami, które tak naprawdę nie są nam potrzebne, prowadzi do szczęścia, ale nie oznacza to, że powinieneś rezygnować ze wszystkiego.

Skup się na swojej pasji i nie marnuj czasu i wysiłku na naprawianie całego świata. W ten sposób, ogniskując swoją energię, masz większą szansę zaznać szczęścia spełnienia i pozostawić po sobie trwały, pozytywny ślad na ziemi.

Życie

Życie jest krótkie.

Gdy masz naście lat, tego nie widzisz, ale przychodzi taki moment, że zaczynasz to dostrzegać.

Życie może być też piękne, jeśli tylko nie będziesz go marnował na byle co.

Zrób dziś coś dobrego. Chociaż jedną rzecz.

I jutro też.

I każdego następnego dnia.

Spróbuj, a przekonasz się, że to wcale nie jest takie trudne.

Każdy dobry uczynek czyni świat lepszym.

Zrób dziś coś dobrego.

Śmierć zinterpretowana

Telewizja pokazała, a uczeni podchwycili,
Że jednemu psu gdzieś w Azji można przyszyć łeb od świni.

Tak kiedyś proroczo śpiewał Jacek Kleyff, ale nie o psie z głową świni traktuje ten wpis.

Trzy dni temu telewizja opowiedziała mi tragiczną historię człowieka, który był leczony w szpitalu i został z tego szpitala wypisany. Następnie stanął przed komisją lekarską KRUS-u lub ZUS-u i komisja ta orzekła, że jest zdrowy i zdolny do pracy. Niestety po dwóch tygodniach niewłaściwie zdiagnozowana choroba podjęła kontratak i doprowadziła do śmierci swojej ofiary. Wówczas to komisja lekarska wydała nowe orzeczenie i stwierdziła, że zmarły nie jest już zdolny do pracy. Trudno odmówić logiki takiemu postanowieniu.

W całej tej historii najbardziej kuriozalna wydała mi się wypowiedź przedstawicielki KRUS-u lub ZUS-u:

„Fakt zgonu uznaliśmy za pogorszenie stanu zdrowia.”

W gruncie rzeczy bardzo podoba mi się taka, jakby zaczerpnięta z montypythonowskiego skeczu o martwej papudze, interpretacja. Dzięki niej przestałem bać się śmierci – wszak będzie to tylko pogorszenie stanu mojego zdrowia. Niewykluczone nawet, że jest na to jakieś lekarstwo…