Tag: polityka

Obiektywizm

2 + 2 = 5 groszy

„Obiektywizm nie jest wyciąganiem średniej z prawdy i kłamstwa.” – Janina Paradowska, królowa polskiego dziennikarstwa politycznego

Ten cytat pojawił się we wspominkowej audycji radiowej i uderzył mnie niczym obuchem w głowę.

Przecież to takie proste! Jeśli jedna strona sporu mówi, że 2+2=4, a druga strona twierdzi, że 2+2=5, to obserwator nie powinien kiwać głową ze zrozumieniem i uznawać, iż każdy ma trochę racji, więc cztery i pół będzie dobrym kompromisem. To bzdura!

Dlaczego zatem godzimy się na bezczelne kłamstwa? Z wygody? Ze strachu? Dlatego, że absorbuje nas naprawianie świata w innej dziedzinie?

Problem polega na tym, że kłamstwo stało się akceptowalnym środkiem walki politycznej. Ma podobno krótkie nogi, ale mimo to jest w stanie doraźnie wpływać na poglądy wyborców i zmieniać wyniki głosowań. Dziadek Tuska z Wehrmachtu, urojone miliony funtów Nigel Farage’a na opiekę zdrowotną w Anglii po Brexicie czy sztuczna mgła w Smoleńsku są tego oczywistymi przykładami.

Dlatego nie puszczaj mimo uszu bzdur i przekłamań. Demaskuj je! Staraj się nie ośmieszać publicznie ich głosiciela, ale daj mu wyraźnie do zrozumienia, że wiesz, jaka jest prawda i nie zawahasz się jej użyć!

Pamiętaj: 2+2=4 i żadne zaklęcia albo wola polityczna tego nie zmienią!

Nie ufasz mi?

Uwielbiam „Rybkę zwaną Wandą”.

Podczas montażu każdego filmu reżyserzy zwykle rezygnują z szeregu nakręconych scen, ponieważ byłyby one tylko gustownymi ornamentami niewzbogacającymi głównego wątku opowieści. Na przykład do „Rybki… ” nie został włączony następujący dialog:

Wanda: Nie ufasz mi?

Otto: Nie.

Wanda: Och, cóż za „miłe” oświadczenie z rana! Bardzo, bardzo „miłe”!

Otto: Hej, to nic osobistego. Nie ufam nikomu i nie chcę, żeby ktokolwiek mnie obdarzał zaufaniem. Nie poradziłbym sobie z tym. Czy wiesz, dlaczego tak wiele związków się rozpada? Przez zaufanie! Zaufanie! Ludzie nie mogą znieść tej presji. Znika spontaniczność…

Ta sarkastyczna i gorzka w swojej wymowie scena nie daje mi spokoju. Z jednej strony to wspaniałe, gdy masz w swoim otoczeniu ludzi, którym ufasz. Ale z drugiej strony takie pragnienie rozbudza twoje oczekiwania wobec rzeczywistości. Przestajesz być wdzięczny za to, co masz, i wystawiasz się na ciosy, kiedy ludzie cię zawodzą.

Może rzeczywiście lepiej nie ufać nikomu? W takim sensie, w jakim robi to Otto: po prostu jako standardowe podejście do bliźnich, a nie coś dramatycznie osobistego?

Jeden z ludzi sukcesu powiedział mi ostatnio, że nie ufa nikomu i wcale mu to nie przeszkadza w efektywnej współpracy z podwładnymi, klientami i konkurentami. Twierdzi, że jego pole działania jest w ten sposób oczyszczone z nieuzasadnionych oczekiwań rodzących niepotrzebne emocje.

A ty? Co o tym sądzisz?

Czy jesteś wystarczająco silny, żeby nikomu nie ufać?

Macierzyństwo i kariera

Ten trudny temat nurtuje mnie od dawna: co zrobić, żeby kobiety mogły, bez szkody dla swojej kariery zawodowej, poświęcać się macierzyństwu? Nie ma chyba lepszego momentu, żeby zastanowić się nad tą kwestią, niż okres pomiędzy Dniem Matki a Dniem Dziecka.

Dla większości kobiet macierzyństwo, czyli urodzenie i wychowanie dzieci, staje się na pewnym etapie życia jego esencją. Niepodważalnym priorytetem, największą pasją i najważniejszym elementem codzienności. Dla kochających matek dobro ich dzieci jest zawsze na pierwszym miejscu w natłoku spraw, które mają do załatwienia. I to jest piękne.

Jednocześnie wiele kobiet pragnie rozwijać się także w innych dziedzinach i osiągać sukcesy w swojej pracy zawodowej. Napotykają jednak na barierę, którą uważają za dyskryminację w świecie biznesu opanowanym przez szowinistycznych, samolubnych samców alfa. Powszechny jest postulat mówiący, że na takim samym stanowisku kobieta powinna otrzymywać takie samo wynagrodzenie co mężczyzna.

I ja ten postulat w pełni popieram, o ile efekty pracy kobiety i mężczyzny na tym stanowisku są identyczne.

Tak powinno być!

Jest tylko jedno „ale”: czy rzeczywiście kobieta, dla której wspaniałym priorytetem jest macierzyństwo, może w równym stopniu poświęcić się pracy zawodowej co mężczyzna, którego organizm nie jest zmęczony ciążą, połogiem i nocnymi karmieniami, którego nie absorbuje kolor zawartości pieluch, i który nie musiał na wiele miesięcy rozstać się ze swoją profesją. Kobieta ma usprawiedliwione powody, żeby czasami być mniej dyspozycyjną i mniej wydajną od mężczyzny.

W dzisiejszych czasach im wyższe stanowisko zajmujesz, tym większa jest potrzeba twojego osobistego zaangażowania oraz utrzymywania stałego i niezawodnego kontaktu z klientami i współpracownikami. Sprzątaczka, kasjerka czy salowa (z całym szacunkiem dla tych zawodów) są wynagradzane za sumienność w wykonywaniu swojej pracy. Relacje międzyludzkie nie mają tu tak dużego znaczenia w budowaniu pozycji zawodowej.

Sprawa przedstawia się inaczej w przypadku członkiń zarządów, redaktorek prowadzących w wydawnictwach czy opiekunek klienta w bankach. Sukces na tych stanowiskach polega na niezawodnym reprezentowaniu interesów pracodawcy wobec osób, z którymi należy nawiązać trwałą nić porozumienia. Zmiana priorytetów życiowych bardzo często powoduje kilkumiesięczną nieobecność członkini zarządu, brak odpowiedzi redaktorki na wysyłane do niej e-maile czy przegapianie ciekawych propozycji inwestycyjnych przez opiekunkę klienta banku.

Czy w takich przypadkach możemy nadal mówić o równoważnych efektach pracy kobiety i nieabsorbowanego obowiązkami rodzinnymi mężczyzny? Niestety nie.

Jako rozwiązanie tego problemu często podaje się postulat reorganizacji pracy firm, wydawnictw, banków itp. tak, żeby stały się przyjaźniejsze dla macierzyństwa. Niestety w dzisiejszym świecie na rynku zawsze wygrywa ten, dla kogo to biznes jest priorytetem, a nie pielucha i godziny karmienia rozkosznego maluszka…

Powiem szczerze: nie potrafię znaleźć generalnego rozwiązania tej kwestii.

A ty?

Co o tym sądzisz?

Czy widzisz jakąś konstruktywną, rynkową możliwość pogodzenia macierzyństwa z aspiracjami zawodowymi kobiet bez uszczerbku dla konkurencyjności zatrudniających je firm?