Kategoria: x-raptularz

Najlepszy klient

Działo się to dawno, dawno temu, kiedy komputery osobiste miały szare lub beżowe obudowy, a ich cena w Polsce odpowiadała częstotliwości zegara nadającego rytm pracy ich procesora. Komputery zgodne z IBM PC/XT z zegarem 8 MHz kosztowały 8 milionów złotych, a te szybsze, 10-megahercowe – 10 milionów złotych. Oczywiście przed denominacją. Teraz procesory pracują tysiąc razy szybciej, a nowa złotówka jest warta 10 tysięcy razy więcej.

Otóż w tych zamierzchłych czasach zajmowałem się składaniem komputerów z części sprowadzanych w ramach prywatnego importu przez zastępy uczynnych (czytaj: żądnych zysku) osób. Tylko siermiężne obudowy powstawały w warsztatach polskich rzemieślników z deficytowej blachy. Tak… w tamtych latach należało wykazywać się zręcznością i wytrwałością w operowaniu pilnikiem podczas dopasowywania artystycznie rozmieszczonych otworów montażowych w polskiej blasze do nudnego, standardowego ich układu w podzespołach wyprodukowanych przez niegrzeszących polotem Chińczyków.

Był to okres wielkich zmian i różne instytucje chciały na gwałt się przeobrażać i unowocześniać. Niekwestionowanym symbolem postępu stał się wówczas komputer osobisty. Jeden. Na sto osób. Dlaczego? Ponieważ te 8 czy 10 milionów, choć z jednej strony stanowiło odpowiednik zaledwie tysiąca dolarów, to z drugiej strony było równowartością miesięcznego funduszu płac takiej organizacji.

W tych pięknych okolicznościach finansowych firma, w której pracowałem, sprzedała jeden z komputerów pewnej spółdzielni. Prezes spółdzielni, człowiek niewątpliwie odpowiedzialny i gospodarny, postanowił radykalnie zabezpieczyć tak drogocenny sprzęt. Po sprawdzeniu, że jednostka centralna, monitor i drukarka działają poprawnie, polecił mi wszystko porozłączać i ustawić na półkach w nowiutkim, chyba specjalnie w tym celu zakupionym sejfie. Następnie zamknął pancerne drzwi i je zapieczętował. W ten sposób komputer ten stał się jednym z najlepiej zabezpieczonych urządzeń na świecie.

Gdy po kilku miesiącach pojawiłem się u Pana Prezesa z uaktualnieniem oprogramowania, zorientowałem się, że przez cały ten czas sprzęt nie był używany, ani nawet wyjmowany z sejfu. Wtedy zrozumiałem, że został kupiony nie po to, żeby z niego korzystać, ale po to, żeby w razie potrzeby stanowił dające się zademonstrować, namacalne świadectwo nowoczesności. Pana Prezesa i jego spółdzielni.

To był najlepszy klient w mojej karierze. Co prawda trudno było mu zaoferować jakieś nowe usługi, ale za to nie narzekał, nie wydziwiał i nie psuł sprzętu. Wręcz przeciwnie, utrzymywał go w nienagannym, fabrycznie nowym stanie.

Dlaczego przypomniałem sobie o tym właśnie teraz?

Dlatego, że obecnie takim „najlepszym klientem” jawi mi się Miasto Stołeczne Warszawa, które dbając o ulice, tunele, linie metra i mosty zamyka je, aby nie ulegały zużyciu podczas eksploatacji przez natrętnych mieszkańców, turystów i zwykłych wandali…

Jak uruchomić pociąg?

Pociągi czasami się zatrzymują.

Na stacjach też, ale zdarza się, że zastygają w kompletnym bezruchu w szczerym polu.

Bez jakiejkolwiek przyczyny, którą łatwo byłoby zidentyfikować.

Niektórzy twierdzą, że pociągi zatrzymują się w szczerym polu ze zmęczenia.

Siedzisz wtedy w coraz zimniejszym (w zimie) lub coraz cieplejszym (w lecie) przedziale i się wściekasz…

Niepotrzebnie!

Po prostu nie znasz niezawodnej metody uruchamiania takiego utrudzonego ciągłymi podróżami żelaznego smoka z gatunku wężowatych.

Metodę tę opracowała i dokładnie przetestowała moja Mama. Skuteczność procedury została jednoznacznie potwierdzona w stosunku do pasażerskich pociągów podmiejskich i dalekobieżnych. Badania nie objęły składów towarowych oraz zatrzymań wynikających ze słusznej walki kolejarzy o dobro pasażerów.

Na czym polega owa metoda?

Otóż, gdy pociąg, którym jedziesz, zatrzyma się w szczerym polu i wygląda na to, że postój potrwa dłużej, wyciągnij przed siebie obie ręce, uważnie obejrzyj swoje dłonie ubrane w rękawiczki (tak, tak, rękawiczki są niezbędnym rekwizytem w tej metodzie) i powiedz głośno, z nieukrywanym zdziwieniem: „Odbarwiają się!”. Wówczas pociąg ruszy.

Na ogół nie wierzę w takie zabobony, a wszelka magia jest dla mnie czarną magią, ale w tym przypadku mogę z pełnym przekonaniem wszystkim polecić to odkryte przez moją Mamę zaklęcie. Prawdopodobnie ma ono związek z odwracaniem kierunku ruchu barwnych elektronów w czasoprzestrzeni albo z czymś podobnym.

Musisz tylko pamiętać, żeby zawsze w podróży mieć ze sobą rękawiczki i umieć szczerze zdziwić się zmianą ich koloru, niezależnie od tego, czy tę zmianę dostrzegasz, czy nie. Rzeczywistość nie ma tu nic do rzeczy. Liczy się jedynie to, czy potrafisz przekonać pociąg, że: „Odbarwiają się!”.

Przy najbliższej okazji wypróbuj działanie rękawiczkowej metody uruchamiania pociągów i podziel się z nami swoim entuzjazmem w komentarzach pod tym wpisem!

Tradycyjna kuchnia polska

Tradycyjna Kuchnia Polska

Tradycyjna kuchnia polska?

Jak nie, jak tak!

To, zrobione w czerwcu bieżącego roku, zdjęcie przypomniało mi moje pierwsze zetknięcie z tradycyjną kuchnią polską.

Dawno, dawno temu wraz z moim Tatą odbieraliśmy w przyzakładowym Punkcie Odbierania Maluchów w Tychach wymarzone czterokołowe cacko. Był to proces żmudny, długotrwały i wyczerpujący. Zajmował wiele godzin, wymagał ogromnego hartu ducha i olbrzymiej cierpliwości. Na szczęście na terenie Punktu Odbierania Maluchów znajdował się Punkt Żywienia Zbiorowego oferujący ciepłe danie. Tak, tak, danie w liczbie pojedynczej, menu bowiem zawierało tylko jedną pozycję oraz modne picie. Wtedy po raz pierwszy zjadłem sztandarową potrawę kuchni polskiej: golonkę z Pepsi Colą.

Dlaczego z Pepsi Colą a nie z wyrobem produkowanym przez konkurencję? Otóż jednym z osiągnięć Edwarda Gierka było sprowadzenie do Polski dwóch burżuazyjnych napojów: Coca Coli i Pepsi Coli. Ale żeby nie było niezdrowej konkurencji, kraj podzielono na dwie strefy wpływów: północ wraz z Warszawą należała do Coca Coli, a południe do Pepsi Coli.

Do dziś wspominam cudowny, tłusty, gazowany smak tej potrawy. Naprawdę! Dziwię się też, że mój żołądek wówczas nie zaprotestował, ale zaprawdę powiadam wam:

Pozytywne nastawienie to 90% sukcesu!

A samochód? Służył dzielnie przez sześć lat, aż został sprzedany. A po miesiącu nowemu nabywcy podczas jazdy wypadł na jezdnię akumulator, co było standardową przypadłością tego pojazdu, który zmotoryzował PRL.

Matczyne nauki

Moja Mama była wspaniałą kobietą – projektantką fundamentów mojego stosunku do świata i nauczycielką, dzięki której zrozumiałem, co w życiu wypada robić, a czego nie, żeby żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Właśnie tak, zawsze w zgodzie z własnym sumieniem, a nie tylko łatwo i przyjemnie.

Jakież to staromodne i niepraktyczne w dzisiejszych czasach!

Pewnego razu, gdy Mama odprowadzała mnie do przedszkola, moją uwagę przykuł mężczyzna sprawnie poruszający się po ulicy o kulach – mężczyzna, który nie miał jednej nogi. Po prostu nie mogłem oderwać od niego wzroku. Wtedy moja Mama powiedziała:

„Nie gap się tak! Pomyśl, jak ten pan się czuje, kiedy wszyscy oglądają się za nim zaciekawieni, jak radzi sobie ze swoim nieszczęściem.”

Może sformułowała to nieco inaczej, ale na całe życie zapamiętałem tę naukę: nie należy zaspokajać swojej ciekawości, jeśli nie służy to niczemu ponad własną uciechę, a może komuś sprawić przykrość. Od tej pory zawsze starałem się jednym rzutem oka oceniać, czy dana osoba potrzebuje pomocy, a jeśli nie, uśmiechać się życzliwie i zajmować swoimi sprawami.

Dzisiejsze czasy, szczególnie w swej tabloidowo-plotkarskiej sferze, są niestety całkowitym zaprzeczeniem tej podstawy mojego wychowania.

Na przykład nigdy nie wytykałbym palcem osoby, która spociła się i na jej bluzce zaznaczyły się ciemne plamy pod pachami. A takie ordynarne zachowanie propagują portale typu plotek.pl. Oto trzy przykładowe wpisy z ostatnich dni:

  • Za duża suknia Stenki, niedopasowana bielizna Zielińskiej i spłaszczony biust Rosati, czyli wpadki na gali Orły 2012
  • Ups! Madonna zapomniała zrobić pedicure…
  • UPS! Cameron Diaz się spociła!

Na takie rzeczy po prostu nie wypada publicznie zwracać uwagi. Ludzie popełniają błędy, pocą się, przejęzyczają, ale to nie ich „wpadki” są żenujące. Największą „wtopę” zaliczają redaktorzy, którzy relacjonują i akceptują do publikacji tego typu materiały. Redaktorzy, którzy przegapili tę część edukacji przedszkolnej i nadal uważają za stosowne podglądanie, jaki kolor mają majtki dziewczynek. Nie wierzycie? A wpis „Ola Szwed ZAŚWIECIŁA majtkami! A tak się starała…” o czym niby świadczy?

W tym kontekście przypomina mi się jeszcze jedna lekcja, której udzieliła mi moja Mama:

Szliśmy pewnego razu ulicą, a ja zobaczyłem za płotem dużego psa. Tupnąłem. Pies warknął ostrzegawczo. Tupnąłem drugi raz. Pies zdenerwowany zaszczekał. Podskoczyłem i zamachałem rękami. Pies zaczął ujadać. Wtedy moja Mama wkroczyła do akcji i powiedziała:

„A gdyby nie było tego płotu, to też byś drażnił tego psa? Czy raczej byś zmykał, gdzie pieprz rośnie?”

Zrozumiałem, o co jej chodziło, i od tego czasu nigdy już nie prowokowałem tych, którzy mieli ograniczone możliwości odpowiedzi na mój atak. Uznałem, że to jest niehonorowe zachowanie – niegodne Winnetou, którym zawsze chciałem zostać.

Internet i dzisiejsze media są właśnie takim płotem zabezpieczającym zazdrośników i nienawistników przed reakcją atakowanych przez nich osób. Przecież Cameron Diaz nie będzie szukać niewychowanego redaktora, któremu wydaje się, że dokonał bohaterskiego czynu, sprawiając jej przykrość.

I nie jest tu żadnym wytłumaczeniem, że wyśmiewana aktorka nigdy nie dowie się o tych niestosownych komentarzach albo że ją one nic nie obchodzą, albo że wyznaje zasadę, iż nieważne jest, co się o niej mówi, ważne, żeby się mówiło. Jej stosunek do tej sprawy jest tu nieistotny, brak wychowania bowiem pozostaje brakiem wychowania bez względu na okoliczności.

Człowiek przyzwoity zachowuje się przyzwoicie niezależnie od tego, czy ktoś patrzy, czy nie.

Zgadzasz się?