Kategoria: x-raptularz

Motywacja

„Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce!” – mawiała z uśmiechem na twarzy Moja Mama i wkraczała do kuchni, żeby ugotować dla nas obiad. Bo Moja Mama była niezwykłą kobietą. Nie lubiła gotować, chodzić do fryzjera i przebierać się w ciuchy. Pasjonowała ją za to amatorska twórczość artystyczna (wiersze, makatki, muzyka) oraz przedsięwzięcia techniczne. Konserwowała domową sieć elektryczną, naprawiała zamki, zdarzało się też, że służyła Mojemu Tacie fachową pomocą, gdy nasz samochód nie chciał zapalić. No i była motorem zakończonego sukcesem przedsięwzięcia pod tytułem: „Budujemy Składaną Przyczepę Kempingową”.

Zazwyczaj nie potrzebujemy specjalnej motywacji do robienia rzeczy, które nas pasjonują. Schody zaczynają się wtedy, gdy trzeba przepchać zatkane rury kanalizacyjne. Musimy wówczas znaleźć niepodważalne i przekonujące argumenty, dlaczego należy to zrobić i dlaczego to właśnie my będziemy najlepszymi wykonawcami. Moja Mama nie lubiła gotować, ale nie wątpię, że z wielką satysfakcją obserwowała nasze zadowolone buzie pochylone w skupieniu nad talerzami.

Motywacja nie jest jednorazowym, heroicznym aktem, tak jak nie jest nim mycie zębów. Motywacja to ciągły proces, który wymaga nieustannego nadzoru i pielęgnacji. To wdrapywanie się na płaskowyż, na którym znajdujemy satysfakcję z tego, co robimy, chociaż sama wspinaczka jest uciążliwa i męcząca.

Celownik 5600

Mój Dziadek był majorem Wojska Polskiego, wykładowcą w Centrum Wyszkolenia Piechoty. Jego specjalność stanowiły karabiny maszynowe i w tej dziedzinie prowadził kursy dla dowódców kompanii. W pamięci kursantów zapisała się następująca komenda wydana przez Mojego Dziadka:

„Celownik 5600! Przed nami łacha piaszczysta, o dłoń w lewo brzoza, trzy palce w lewo i jeden palec w tył chójka, za tą chójką palec w prawo krzaczek, za tym krzaczkiem pod laskiem c.k.m. npla. – Długa seria, ognia!”

Sztuka delegowania polega na dokładnym określeniu celu, zapewnieniu środków do działania i przekazaniu podwładnemu odpowiedzialności za wykonanie zadania.

Celownik 5600

Na zdjęciu: Mój Dziadek prowadzi zajęcia z obrony przeciwlotniczej.

Nauka jazdy

Dawno, dawno temu, kiedy TesTeq nie był jeszcze TesTeqiem, a epoka lamp elektronowych chyliła się ku upadkowi, nieistniejące już czasopismo „RAZEM” ogłosiło konkurs na najlepsze polskie programy dla mikrokomputera ZX Spectrum. W jury konkursu zasiadły sławy ówczesnego polskiego środowiska informatycznego.

Jako szczęśliwy posiadacz ZX Spectrum o pojemności pamięci RAM 48 kilobajtów i niestrudzony entuzjasta podejmowania wyzwań rzuciłem się do programowania. Postanowiłem napisać grę, która pomoże kandydatom na kierowców rozwiązywać „krzyżówki”, czyli pytania testowe związane z określaniem pierwszeństwa przejazdu na skrzyżowaniach. Zadanie gracza polegało na przemierzeniu miasta wypełnionego różnorodnymi skrzyżowaniami, na których pojawiały się inne samochody, tramwaje i pojazdy uprzywilejowane. Ze względu na skromne możliwości graficzne i niewielką pojemność pamięci ZX Spectrum musiałem opracować specjalne algorytmy kompresji danych i budowania wyglądu skrzyżowań w czasie rzeczywistym z elementów semigraficznych, które sam zaprojektowałem. Ta część pracy sprawiła mi największą satysfakcję.

29 czerwca 1986 roku tygodnik „RAZEM” opublikował wyniki konkursu:

Nauka Jazdy 1

Zająłem ex aequo pierwsze miejsce! I dostałem w nagrodę magnetofon kasetowy MK 232 (tu wyjaśnienie: oprogramowanie było wgrywane do ZX Spectrum z kaset magnetofonowych, więc magnetofon kasetowy stanowił cenne wyposażenie każdego „spektrumowca”).

Dodatkową nagrodą było oficjalne wydanie zwycięskich programów na kasetach pod egidą czasopisma „KOMPUTER”. Wynagrodzenie za 2000 sprzedanych kaset to pierwsze prawdziwe pieniądze, które samodzielnie zarobiłem w branży informatycznej.

Nauka Jazdy 2

Ten – w gruncie rzeczy – niszowy sukces dał mi poczucie własnej wartości i skłonił do podejmowania kolejnych wyzwań. Ponadto przekonałem się, że:

Musisz się pokazać, żeby cię zauważyli!

Raptularz Winnetou

Raptularzem nazywano w dawnej Polsce księgę do odręcznego notowania wydarzeń, spostrzeżeń i anegdot. Sprowokowany komentarzami jednego z moich czytelników, którego bardzo zainteresowała moja skromna osoba, postanowiłem zainaugurować nową kategorię wpisów i nazwać ją raptularzem. W jej ramach będę wspominał znaczące wydarzenia z mojego życia, które sprawiły, że stałem się tym, kim jestem, i nie patrzę z niechęcią na faceta, którego widzę każdego ranka w lustrze. Oto moja pierwsza opowieść:

Dawno temu wraz z moim bliskim kolegą Jackiem byliśmy zimą w Bukowinie Tatrzańskiej. Nasi rodzice często organizowali wówczas takie wspólne wyjazdy. Mieliśmy pewnie po dziesięć albo jedenaście lat i w dzień niestrudzenie śmigaliśmy na nartach. Wieczory jednak były długie, więc nasza inwencja miała znakomite pole do popisu.

Pewnego razu Jacek zaproponował zapasy na śniegu. Ubraliśmy się, wyszliśmy za chałupę, w której mieszkaliśmy, wyznaczyliśmy granice pola walki i określiliśmy jej reguły. Potem zwarliśmy się w pojedynku mocarzy i przez pierwsze minuty walczyliśmy jak równy z równym. Niestety w miarę upływu czasu szło mi coraz gorzej i kilka chwil później leżałem na śniegu przygnieciony ciężarem Jackowego ciała. Ale nie chciałem się poddać, za żadne skarby nie chciałem uznać swojej przegranej. I wtedy… chwyciłem Jacka za włosy, mocno pociągnąłem do tyłu i w ten sposób uwolniłem się od przytłaczającego mnie ciężaru. Droga do wygranej stanęła otworem, ale nagle obydwaj przestaliśmy walczyć. Obydwaj – a szczególnie ja – wiedzieliśmy, że stało się coś strasznego, że dalszy pojedynek nie ma sensu. Wróciliśmy do domu i tego wieczora nie odezwaliśmy się już do siebie ani słowem.

Była to moja godzina prawdy. Zawsze chciałem być Indianinem. Tak jak Winnetou postępować zgodnie z zasadami i stawiać honor ponad wszystko. A tymczasem w ten mroźny, zimowy wieczór nie potrafiłem uznać swojej porażki i jak zwykły tchórz użyłem nieczystego zagrania. Tego dnia zrozumiałem, czego nie wolno, a co należy robić, żeby stać się prawdziwym Indianinem.

Nigdy więcej nie pociągnąłem już swojego przeciwnika za włosy.