Kategoria: x-a-propos

Prawo jazdy dla niekumatych

Egzamin miał się już ku końcowi, egzaminator nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń do jazdy zdającego. Do Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego pozostało tylko jedno skrzyżowanie. Zdający czekał, aż przez skrzyżowanie przejadą wszystkie pojazdy mające w tym miejscu pierwszeństwo, gdy, na jego nieszczęście, jeden z kierowców zlitował się, zwolnił i gestem dał znak, żeby „nauka jazdy” włączyła się do ruchu.

– Ha! – krzyknął zachwycony egzaminator. – Wymusił pan pierwszeństwo! Koniec egzaminu!

– Ale przecież tamten dał mi znak, że mnie przepuszcza – próbował bronić się zdający.

– Nic nie widziałem – z tryumfem w głosie oświadczył egzaminator.

Nie opisuję tej sytuacji, żeby dać wyraz swoim emocjom związanym z egzaminacyjnym niepowodzeniem bliskiej mi osoby. To po prostu świadectwo choroby systemu, w którym dostawca usług (egzaminator) jest premiowany za brak sukcesu swoich klientów (zdających). I nie mówię tu tylko o przypadkach korupcji, kiedy wynagrodzenie to jest niezgodne z prawem, ale i o tym, że każda kolejna próba egzaminacyjna to konkretna wpłata do kasy Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego.

Najbardziej demoralizujące są w tym wszystkim następujące, zasłyszane przeze mnie, rady dla zdających:

„Nie myśl, nie interpretuj i nie dbaj o płynność ruchu. Na to przyjdzie czas, gdy przebrniesz już przez egzamin, ponieważ jest on metodą przywoływania do porządku tych, którzy za szybko chcą być kumaci.”

PS. Jeśli jesteś kierowcą i widzisz „naukę jazdy”, nie wpuszczaj jej, gdy masz pierwszeństwo, ponieważ w ten sposób możesz ułatwić zadanie przyczajonemu egzaminatorowi!

Nie biuro zdobi szefa

Nie szata zdobi człowieka, nie biuro (ani jego rozmiar) zdobi szefa i świadczy o jego potędze.

W ramach ćwiczeń z praktyki zarządzania proponuję ci krótką wycieczkę po biurze, w którym pracuje jeden z najpotężniejszych menedżerów na świecie: nieokiełznany współtwórca sukcesów firmy Microsoft Steve Ballmer.

Fotoreportaż gazety The New York Times znajdziesz pod następującym adresem: A DAY IN THE LIFE – Steve Ballmer.

Minimalizm ekstremalny

Leo Babauta, twórca metody ZTD (Zen To Done), którą studiowaliśmy przez wakacje, przechodzi kolejną metamorfozę. Z człowieka sprawnie, krok po kroku realizującego swoje cele, skupiającego się w danej chwili na jednym zadaniu, staje się osobą bezcelową (żeby nie powiedzieć bezcelną :-) ).

We wpisie „Minimalism’s logical extension: Break free from goals” proponuje swobodne dryfowanie na falach swoich pasji i całkowitą rezygnację z wyznaczania sobie celów, ponieważ są one:

  • sztuczne (nie pracujesz z miłości, ale po to, żeby zrealizować cele);
  • ograniczające (ograniczasz się do tego, co służy realizacji celów);
  • wywierające presję (stresuje cię konieczność osiągnięcia celów);
  • dołujące (czujesz się źle, gdy nie udaje ci się osiągnąć celów);
  • niedzisiejsze (żyjesz przyszłością, a nie teraźniejszością i zamiast odczuwać swoje szczęście dziś, odsuwasz je do momentu zrealizowania swoich celów).

Mimo całego uznania dla dokonań Leo, nie zgadzam się z tym podejściem. Nawet stosując minimalistyczną filozofię życia, można wyznaczać sobie zgodne z nią cele i z satysfakcją je realizować.

Cele mogą być oczywiście sztuczne, ograniczające, wywierające presję, dołujące i niedzisiejsze, ale tylko wtedy, gdy nie służą realizacji naszych zamiłowań lub potrzeb.

Nie rezygnuj z wyznaczania sobie rozsądnych celów i znajdowania satysfakcji z ich osiągania. Realizując dalekosiężne zamierzenia, możesz być szczęśliwy tu i teraz, widząc, jak twoje marzenia nabierają realnych kształtów i kolorów.

Przeciwieństwem głupich celów są mądre cele, a nie ich brak.

Bękarty wojny

W sobotę wybrałem się z rodziną do kina na „Bękarty wojny” Quentina Tarantino. Nie da się ukryć: Quentin robi filmy na poziomie. To świetny gawędziarz. Jego opowieści mają znakomitą strukturę i tempo. Nie pozwalają na jakiekolwiek wątpliwości, które na innych seansach prowokują ukradkowe spojrzenia na zegarek. Ponad dwie godziny żonglowania konwencjami, zderzania ich i mieszania mijają niepostrzeżenie. Wychodząc z kina, dziwisz się, że zrobiło się już tak późno.

Jedno mnie tylko zaniepokoiło. Nie wiem, co tak naprawdę autor chciał mi tym filmem powiedzieć. Czy w tej doskonałej formie zawarty jest jakiś głębszy sens, czy tylko smutne przesłanie, że okrucieństwo i zemsta są istotą naszej cywilizacji, kryjącą się pod gładką powłoką galanterii i erudycji? Że otaczający świat jest niczym doskonały strudel z obowiązkowym kremem w paryskiej kafejce, z braku czasu niedokończony i przebity niedopałkiem papierosa?