Kategoria: x-a-propos

Skąd się biorą nazwy?

Nazwa jest bardzo istotnym elementem produktu, czynnikiem, który, niezależnie od innych przymiotów, może wpłynąć na jego rynkową akceptację lub odrzucenie.

Ostatnio pewną konsternację wywołała nazwa tabletu firmy Apple. iPad jednoznacznie kojarzy się w Stanach Zjednoczonych z podpaskami, a chyba nie o takie skojarzenie chodziło służbom marketingowym korporacji. I pewnie przed premierą pojawiały się nieśmiałe głosy protestu, jednak… kiedy Steve Jobs się uprze, to lepiej nie wchodzić mu w drogę.

Tak, to Steve Jobs wybrał tę nazwę, nie zważając na fakt, że została ona wcześniej zastrzeżona przez firmę Fujitsu. W podobny sposób nie przejmował się przed laty tym, że nazwa iPhone należała do Cisco. Skąd zatem taka ryzykowna determinacja u tego przebiegłego wodza Apple?

Otóż Steve Jobs w młodości interesował się kaligrafią i nawet chodził na kurs poświęcony temu zagadnieniu. Jest wyczulony na wygląd napisów, a w szczególności uważa zestawienie małej litery „i” z wielką literą „P” za doskonałe. Dlatego iPad nie mógł się nazywać iTablet ani iSlate, ani Apple Tablet. To po prostu urażałoby jego poczucie estetyki.

Inny, oryginalny rodowód ma nazwa serwisu MP3.COM, który mógł się stać tym, czym obecnie jest iTunes, gdyby nie pewne zawirowania biznesowe. Michael Robertson, który posiadał witrynę dystrybucji plików, chciał w jej ramach stworzyć „branżowe” kanały i dla plików dźwiękowych nabył domenę MP3.COM za $1000. Dlaczego tak tanio? Ponieważ Martin Paul, poprzedni właściciel tej domeny, nie miał zielonego pojęcia, co to jest mp3. Dlaczego więc ją zarejestrował?

Otóż Martin Paul rejestrował zupełnie inną domenę internetową. Firma rejestrująca przydzielała każdemu klientowi identyfikator składający się z jego inicjałów i kolejnego numeru. Martin Paul był trzecim klientem o inicjałach MP, więc otrzymał identyfikator MP3. Doszedł wówczas do wniosku, że skoro jest to „jego identyfikator”, to dodatkowo zarejestruje też MP3.COM. Ot i cała tajemnica!

Parytet czy pasztet?

Jestem za równością i sprawiedliwym dostępem wszystkich obywateli do ich praw.

Nie przeczę, że tradycyjnie kobiety miały ten dostęp ograniczany i utrudniany. Tak jak Murzyni. I homoseksualiści. I wyznawcy innych wiar. I leworęcy. I… różni ludzie z najróżniejszych, przeważnie beznadziejnie głupich powodów.

Tak być nie powinno i z tym powinniśmy walczyć, ale… nie za pomocą narzędzi sprzecznych z wartościami, które wymieniłem w pierwszym zdaniu: równością i sprawiedliwością.

Nie może być tak, że na skutek arytmetycznej sztuczki do parlamentu i władz lokalnych dostaną się kobiety, które nie chciały, ale musiały, bo „trzeba było kogoś wstawić na listę”. To jest po prostu bez sensu. Parytet sam w sobie nie zagwarantuje nam mądrzejszych i sprawniejszych rządów. Dlatego uważam, że pomysł, choć szlachetny w swej intencji, jest niepraktyczny. I nie wątpię, że stoi w sprzeczności z Konstytucją RP.

PS. Podobno w Hiszpanii parytet dotyczy nie tylko sfery polityki, ale i gospodarki – firm, które zatrudniają więcej niż 250 pracowników. Czy ktoś z czytelników może to potwierdzić? Jeśli tak naprawdę jest, to nie dziwię się, że Hiszpania znalazła się na skraju bankructwa. Wystarczy, że sobie wyobrażę hutniczki, górniczki i drwalki w 50-procentowej ilości. Lub przedszkolanków (rodzaj męski od przedszkolanka) i nianiów. Wolne żarty, po prostu.

Niezależnie od przyjętych rozwiązań politycznych, życzę Wam, Drogie Panie, żeby nikt nie ograniczał Waszych praw i żebyście były zawsze otaczane należytym szacunkiem oraz, jeśli pozwolicie, uwielbieniem. Trzymajcie się ciepło i zdrowo!

Kupa, kupa, kupa

Nadeszło przedwiośnie. Śniegi topnieją i obnażają, utrwaloną przez Królową Śniegu, historię warszawskich ulic, skwerów i placów.

O jakiej historii myślę? O psich pamiątkach.

Są cuchnącym świadectwem braku kultury mieszkańców Warszawy, dumnych posiadaczy wspaniałych, czworonożnych przyjaciół człowieka.

Na nic się zdają apele, akcje i odwoływanie się do naszego cywilizacyjnego, europejskiego dziedzictwa. Nie bądź, TesTequ, naiwny, że to coś pomoże. Przecież to nie właściciel pieska usadził kupę na śniegu, lecz jego prześliczny pupilek, więc jak można w ogóle mieć pretensję?

Cóż, mądrością jest umieć odróżniać rzeczy, które da się zmienić, od tych, których zmienić się nie da. Pozostaje mi zatem uznać, że psia kupa na chodniku i trawniku jest trwałym elementem otaczającej mnie rzeczywistości, wręcz symbolem naszego kraju. Nie wybrzydzać, tylko zręcznie omijać malowniczo rozłożone na mojej drodze pułapki i chłonąć aromat tych istnych bomb odorowych.

A może jest jednak jakaś nadzieja?