„Nie dokazuj, miły, nie dokazuj” śpiewał kiedyś – w kontekście flirtu towarzyskiego – Marek Grechuta. Ale nie zajmiemy się dziś salonowymi figlami. Rozprawimy się ze złudzeniami na temat twojej pozycji i siły rażenia w pracy, w domu i w zagrodzie. Zacznijmy od niezwykle celnej uwagi, którą w swojej książce „Mojo” sformułował Marshall Goldsmith:
Każda decyzja na świecie jest podejmowana przez tę osobę, która posiada odpowiednie uprawnienia. Nie przez „właściwą” osobę, nie przez „najmądrzejszą” osobę i nie przez „najbardziej kompetentną” osobę. W większości przypadków to nie ty jesteś tą osobą. Jeśli wpłyniesz na decydenta, możesz uczynić świat lepszym. Jeśli nie wpłyniesz, sprawy potoczą się własnym biegiem. Pogódź się z tym faktem. Wówczas twoje życie stanie się lepsze. I będziesz mógł zrobić więcej dobrego w swojej organizacji. I staniesz się szczęśliwszym człowiekiem.
Zdecydowana większość ludzi nie jest władcami absolutnymi. Ich uprawnienia do podejmowania decyzji są ograniczone nie tylko przez okoliczności, ale przede wszystkim przez pozycję, którą zajmują w hierarchii dziobania. Czasami te uprawnienia są określone literalnie w regulaminach i opisach stanowisk pracy, a czasami wynikają z nieformalnego układu sił. Twoja decyzyjność może być na przykład ograniczona wysokością środków, którymi możesz dysponować wedle własnego uznania.
Czy to oznacza, że nie masz żadnego wpływu na decyzje, które przekraczają twoje rzeczywiste pole rażenia? Nie, masz wpływ. Nie możesz tylko oczekiwać, że osoba, która w danej sprawie ma władzę, zadecyduje tak, jak ty tego pragniesz.
Przez wiele lat grzeszyłem naiwną wiarą, że jeżeli coś uważam za słuszne, to tak ma być, bo „przecież to jest oczywiste”. Gdzie popełniałem błąd? Po pierwsze, niekoniecznie moje „oczywiste” propozycje uwzględniały wszystkie konteksty i uwarunkowania. A po drugie, nawet jeśli uwzględniały, to nie do mnie należała decyzja.
Jaki wyciągnąłem z tego wniosek? Zmieniłem podejście. Teraz najpierw określam, czy mój zakres władzy pozwala mi podjąć i wdrożyć daną decyzję. Jeśli tak, to ją podejmuję. Jeśli nie, namierzam decydenta, który ma prawo to zrobić i przygotowuję dla niego przekonujące argumenty. Argumenty, które uwzględniają poziom jego wiedzy i niewiedzy. W tym drugim przypadku nie mam zagwarantowanego pozytywnego rezultatu, ale błędem byłoby nie próbować.
I jeszcze jedno. Jeśli to nie ja podejmuję decyzję, to niezależnie od wszystkiego – czy się z nią zgadzam, czy nie – z pełną determinacją włączam się do jej realizacji. Tylko partacze uciekają się do obstrukcji i dywersji! Profesjonalistom nie wypada.
* * *
Jeśli podobał ci się ten artykuł
albo

Jedna myśl w temacie “Nie dokazuj!”