Przepraszam za spóźnienie, ale uznałem, że artykuły „Nie spieprz tego!” i „Oni tego nie spieprzyli!” powinny się ukazać jako pierwsze w nowym roku. Dlaczego? Żeby nasze postanowienia noworoczne już po miesiącu nie przemieniły się w wyrzuty sumienia. A teraz do rzeczy: jak wypadła realizacja moich planów sportowych w 2023 roku?
Zdrowie mi tym razem dopisywało, więc bez przeszkód i z uśmiechem na twarzy dobiegłem do wyznaczonego celu. Zgodnie z planem, bez napinki pokonałem ponad 1200 kilometrów, a dokładnie 1348:

Basen chyba na dobre już sobie odpuściłem, ale za to znacznie częściej niż rok temu pojawiałem się nad Jeziorem Zegrzyńskim. Trochę poślizgałem się na windsurfingu, ale rozpocząłem też naukę pomykania na wingfoilu. Jeśli wiesz, co to takiego, to wspaniale, ale jeśli nie, to już tłumaczę.
Każdy napędzany wiatrem miniobiekt pływający składa się z dwóch elementów: deski i pędnika. W przypadku windsurfingu pędnik składa się z masztu, bomu i żagla. Maszt przymocowany jest do deski za pomocą elastycznego przegubu.
W kitesurfingu natomiast do zdecydowanie mniejszej deski przymocowany jest kitesurfer, który za pomocą długich linek steruje latawcem unoszącym się wysoko nad jego głową. Te długie linki sprawiają pewien problem na zatłoczonych akwenach, ponieważ kitesurfer, „wymachując” latawcem, zajmuje więcej miejsca niż inni wodniacy.
Wingfoil jest najnowszym wynalazkiem w tej dziedzinie – stanowi skrzyżowanie windsurfingu i kitesurfingu. Wingfoiler stoi na desce jak windsurfer, ale tuż nad głową trzyma leciutkie skrzydło. Nie jest to ciężka robota, bo skrzydło samo unosi się na wietrze, a cała sztuka polega jedynie na jego umiejętnym ustawianiu.
Ale urok wingfoila to nie tylko nowa konstrukcja pędnika. W ostatnich latach coraz popularniejsze stało się przytwierdzanie od spodu do wszelkich desek specjalnych skrzydeł, które sprawiają, że po nabraniu prędkości deska unosi się nad wodą. Maleją opory, przestajesz podskakiwać na falach i magicznie lewitujesz ponad rozkołysaną powierzchnią akwenu. Jak wodolot. Normalnie odlot! A raczej wodo-odlot! ;-)
No więc jak mi poszło z tym wingfoliarstwem? Nie było łatwo. Dość powiedzieć, że dużo czasu spędziłem w wodzie, trochę w szuwarach i tylko raz, na pięć sekund udało mi się ulecieć, zanim zanurkowałem jak perkoz. Ale nie daję za wygraną. Zobaczymy, jak mi pójdzie w tym roku!
Zatem… do zobaczenia na trasach biegowych i nad Jeziorem Zegrzyńskim w bazie LSURF w Nieporęcie!
* * *
Jeśli podobał ci się ten artykuł
albo
