W podcaście Tima Ferrissa, w którym gościem był iluzjonista Simon Coronel, pierwszy raz usłyszałem termin „radical earliness”. Pozwoliłem sobie to przetłumaczyć jako „radykalną wczesność”, choć z początku rozważałem „radykalne wcześniactwo”. No ale bez przesady! Na czym zatem polega „radykalna wczesność”?
Zacznijmy od pytania, dlaczego w ogóle się spóźniamy? To proste: bo zbyt późno wychodzimy!
A dlaczego zbyt późno wychodzimy? Czasami dlatego, że zapominamy wyjść odpowiednio wcześnie, czasami dlatego, że źle obliczyliśmy czas dojazdu do określonego miejsca, ale najczęściej dlatego, że mieliśmy tysiąc pięćset sto dziewięćset drobiazgów do załatwienia przed wyjściem.
Części tych drobiazgów rzeczywiście nie da się załatwić gdzie indziej niż w miejscu, z którego ruszamy. Ale z coraz większą liczbą rzeczy jesteśmy w stanie się rozprawić gdziekolwiek. Modyfikując słowa starej piosenki „Ja umiem kochać”, moglibyśmy zaśpiewać:
Załatwiam sprawy
W Warszawie, przy kawie, na trawie.
Załatwiam sprawy
W Krynicy, w pszenicy, w piwnicy.
Załatwiam sprawy
W pochodzie, w ogrodzie, na wodzie.
Załatwiam sprawy
W pociągu, w przeciągu, na drągu.
W dzisiejszym świecie mnóstwo czynności możemy wykonać, mając odrobinę miejsca, żeby przystanąć albo przysiąść, oraz łączność ze światem i możliwość przetwarzania danych. A to zapewniają nam nasze smartfony, które zawsze mamy ze sobą!
Możemy zatem wyjść na spotkanie z odpowiednim zapasem i, jeżeli przybędziemy zdecydowanie za wcześnie (powiedzmy 15 minut przed czasem), zatrzymać się i załatwić parę tych niecierpiących zwłoki spraw. Przecież nie ma znaczenia, gdzie to zrobimy – przed wyjściem czy po dojechaniu na miejsce!
Taka jest recepta na „radykalną wczesność”.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie informacja, którą właśnie przeczytałem w najnowszej książce Scotta Adamsa (tego od Dilberta) zatytułowanej „Reframe Your Brain”. Otóż okazuje się (z czego nigdy nie zdawałem sobie sprawy), że są ludzie nie dostrzegający upływu czasu (w oryginale: cierpiący na „time blindness”). Ich mózgi działają tak, jakby żyli tylko i wyłącznie w teraźniejszości. Zajmuje ich jedynie to, co postrzegają jako najbardziej interesujące albo najważniejsze w danym miejscu i w danej chwili. Całkowicie ignorują zaś to, co mogłoby w przyszłości przynieść im spełnienie marzeń i realizację planów.
Taką konstrukcję mózgu bardzo trudno jest zmienić. Można próbować, ale najczęściej otoczenie musi zaakceptować takiego wiecznie spóźnialskiego osobnika. Jeśli nim jesteś, nie pozostaje ci nic innego, jak rekompensować rodzinie, przyjaciołom i współpracownikom swoją temporalną niestabilność innymi atutami – na przykład fachowością, ponadprzeciętnymi umiejętnościami albo wyjątkowym oddaniem. Daję ci tę radę trochę w ciemno, ponieważ jeśli na coś cierpię, to raczej na chorobliwą wczesność, a nie na późność, czego i tobie życzę.

Nie podejmuję się zmian konstrukcji mózgu u kogoś.
Ja po prostu wyłączam takiego „gapcia” z kręgu osób, z którymi załatwiam cokolwiek poważnego.
Z uśmiechem, podobnie jak takiego, co się czepia mojej łódki, płynącej do mojego celu…
PolubieniePolubienie
A co jeśli taką osobą jest Twoja druga połówka ? :)
PolubieniePolubienie
@Original_Replica: Zasadne jest wyłączyć ze swojego kręgu gapcia. Problem powstaje wtedy, kiedy ten gapcio ma inne, trudne do zignorowania walory…
PolubieniePolubienie
@Marcelo: Akurat kwestia spóźnialstwa wychodzi błyskawicznie – na pierwszej lub drugiej randce. Jeśli inne walory nie przeważają, trzeba szukać dalej…
PolubieniePolubienie