Jest taka słynna książka Rogera Fishera, Williama Ury’ego i Bruce’a Pattona „Dochodząc do TAK”. Przedstawia ona metodę doprowadzania negocjacji do sukcesu w myśl zasady „win-win”, czyli „obie strony wygrywają”. To bardzo dobra zasada, której efektem są trwałe związki przynoszące wszystkim korzyści. Jest tylko jedno „ale”…
„Dochodząc do TAK” brzmi tak, jakby cztery kroki tej metody:
-
- oddziel ludzi od problemu;
- skup się na interesach, a nie stanowiskach;
- wymyśl opcje korzystne dla obu stron;
- nalegaj na stosowanie obiektywnych kryteriów
były gwarancją ostatecznego sukcesu, a podpis pod porozumieniem kończył całą sprawę – był metą, po dotarciu do której obie strony mogą rozsiąść się w fotelach i, popijając whisky, zapalić po cygarze.
Otóż nie! W negocjacjach nie chodzi o ich „domknięcie”, ale o „otwarcie współpracy” w realizacji uzgodnionej umowy. Bo papier wytrzyma wszystko, ale skrzypiąca rzeczywistość z radością zweryfikuje nadzieje obu stron. Nawet jeśli naprawdę im zależy na wspólnym zwycięstwie. Dlaczego? Ponieważ diabeł tkwi w szczegółach!
Z tego powodu bardzo ważne jest już na samym początku, jeszcze przed przystąpieniem do realizacji porozumienia, ustalić nie tylko CO będzie robione, ale również JAK. Żeby potem nie było niepotrzebnych kłótni o to, kto ma ładować piasek, a kto pchać taczkę.
Zatem, przystępując do negocjacji, staraj się najpierw dojść do TAK w myśl zasady „win-win”, ale pamiętaj, że to nie koniec – musisz jeszcze dotrzeć do JAK!
