Kiedy w mrocznych czasach komuny handlowałem na giełdzie w Hybrydach longplayami (które wtedy były jedynymi nośnikami zachodniej kultury, a teraz są tylko snobistycznymi, winylowymi rarytasami), szybko zorientowałem się, że taki ze mnie sprzedawca jak z kociej dupy trąba. Diagnozę tę potwierdziłem swoimi kolejnymi dokonaniami na słynnej warszawskiej giełdzie komputerowej na Grzybowskiej. To, że jestem introwertykiem, z pewnością mi nie pomagało, ale jeszcze większą przeszkodą było to, że:
miałem głęboki stosunek emocjonalny do sprzedawanego towaru. W konsekwencji kupowałem to, co mi się podobało. Niestety szerokie rzesze potencjalnych nabywców nie podzielały mojego gustu.
Te porażki doprowadziły mnie do wniosku, że powinienem skupić się na rozwijaniu profesjonalnych kompetencji w tej dziedzinie, która mnie kręci, bo jeśli będę w moim fachu ponadprzeciętnie dobry, to „klienci” zainteresowani moimi elektroniczno-komputerowymi usługami sami się znajdą. Wymyśliłem wtedy hasło, że bananów to ja sprzedawać nie będę. Nie zrozum mnie źle. Nie mam nic przeciwko bananom, jabłkom, marchewce i selerowi. Nie uważam też, że handel nimi jest czymś „poniżej mojej godności”. Po prostu nigdy mnie to nie interesowało, więc nie było szans, żebym był w tym dobry.
Poza tym, mówiąc szczerze, wiele technik sprzedażowych typu „nawijanie makaronu na uszy” budzi moje obrzydzenie. Ze smutkiem przyjmuję do wiadomości, że różne pseudopromocje, okienka sprzedażowe, upsellingi i inne rodzaje – nie bójmy się tego słowa – manipulacji doskonale działają na ludzi. Ale wciskanie komuś towaru, którego po zastanowieniu by nie kupił, to nie moja bajka. Tak, wiem, jestem niedzisiejszy.
O dziwo, moje „nierynkowe” podejście sprawdziło się w stu procentach. Unikalne umiejętności, które zdobyłem i wciąż rozwijam, zawsze znajdowały i nadal znajdują wielu „nabywców”. Jak to możliwe, skoro nie prowadzę żadnych działań marketingowych?
Cała tajemnica polega na znajomościach. Ale nie znajomościach, dzięki którym dyletanci zatrudniają dyletantów, żeby wyciągnąć kasę z państwowych spółek. Chodzi o takie znajomości, dzięki którym profesjonaliści zatrudniają profesjonalistów, żeby zrobić coś pożytecznego – coś, co jest potrzebne innym ludziom.
Już na studiach wybierałem takie właśnie towarzystwo, a potem kontynuowałem tę strategię w kolejnych miejscach pracy. I co najważniejsze, zawsze starałem się lojalnie wywiązywać z podejmowanych zobowiązań. To sprawiło, że dla wielu ludzi stałem się „kandydatem pierwszego wyboru”, czyli pierwszą osobą, z którą chcieli realizować wspólne przedsięwzięcia. Jednocześnie sam zbudowałem bazę kontaktów do grona sprawdzonych kolegów, którzy mogą mnie wesprzeć i nie zawiodą.
Reasumując: kompetencja, solidność i lojalność oraz pielęgnowanie kontaktów z ludźmi, którzy wyznają te same zasady, sprawią, że nie będziesz musiał szukać okazji, bo one same ciebie znajdą. Czego ci serdecznie życzę!

Plus solidne wykształcenie w ulubionej dziedzinie.
Nie dlatego, że szkoła/uczelnia były solidne.
Wystarczyła nieprzemijająca chęć zdobycia tego solidnego wykształcenia, obojętnie jaką drogą.
PolubieniePolubienie
@Original_Replica: Zastanawiam się, czy szkoła/uczelnia zniechęcają do zdobywania wykształcenia, czy wręcz odwrotnie – są okazją, którą tylko nieliczni potrafią wykorzystać. A cała reszta narzeka, że nic ze szkoły nie wyniosła.
PolubieniePolubienie