Miesiąc: Maj 2012

Wspólny sukces

To nieprawda, że ludzie przede wszystkim knują przeciwko tobie.

Nie jesteś pępkiem świata!

Większość z nich po prostu stara się zabezpieczyć swoje interesy.

Dlatego, jak mówi Zig Ziglar:

„Możesz osiągnąć w życiu wszystko, czego zapragniesz, jeśli tylko zapewnisz innym osiągnięcie tego, czego oni pragną.”

Nic dodać, nic ująć…

Ratujmy artystów!

W czwartek 24 maja 2012 roku miał miejsce w Polsce „Dzień bez sztuki” – protest artystów i muzeów (trochę dziwne połączenie ludzi i instytucji) przeciwko „pomysłowi rządu, by zlikwidować prawa twórców do odliczania 50 proc. kosztów uzyskania przychodu”.

Portal kultura.gazeta.pl doniósł, że postulatem artystów (i muzeów) jest też:

Stworzenie systemu, który dawałby ubezpieczenie i emeryturę bez regularnego płacenia składek.

– Większość z artystów nie ma etatów, pracuje na umowy o dzieło i nie stać ich na wykupienie ubezpieczenia czy odkładanie na emeryturę – mówią stojący za inicjatywą artyści, m.in. Zbigniew Libera.

– Gdy byłem młody, nie interesowało mnie, czy ktoś mi w przyszłości będzie wypłacał emeryturę, czy mi jej nie będzie wypłacał. Myślałem, że za dziesięć lat nie będę już żył. Skakałem na główkę i nie obchodziło mnie to. Teraz nadal skaczę na główkę, ale myślę sobie: dlaczego by tam nie podłożyć jakiegoś materaca? Artysta w Polsce nie jest nawet średnio sytuowany. Większość z nas żyje poniżej średniej – mówi Libera.

Ludzie!

Ratujmy artystów!

Brońmy ich!

Przed kim? Przed nimi samymi!

W główkach się towarzystwu poprzewracało!

Jak wytłumaczyć fakt, że w Warszawie mnożą się i znakomicie prosperują prywatne teatry? Że grają ambitny, dobry repertuar i nie jęczą, iż podatnicy nie sypią im grosza do kasy?

Jak wytłumaczyć fakt, że dzieła niektórych artystów plastyków są rozchwytywane na świecie?

Jak wytłumaczyć fakt, że do niektórych muzeów trzeba „zdobywać” bilety?

Odpowiedź jest brutalna w swej prostocie:

Nie wystarczy czuć się artystą, żeby nim być.

Nie wystarczy ukończenie szkoły artystycznej, żeby umieć tworzyć dzieła, które ludzie będą chcieli podziwiać.

I nie chodzi tu o komercję. Ludzie dobrze widzą, kto tworzy bohomazy, a kto dzieła. Kto lata po scenie z gołym tyłkiem, a kto ma naprawdę coś do powiedzenia.

Bary Nowego Jorku, Los Angeles i Hollywood pełne są potencjalnych odtwórców oskarowych ról…

Prawda jest okrutna, ale czyż sztuka nie polega na mówieniu prawdy? Artysta nie może mówić prawdy, jeśli ona do niego nie dociera.

Polski protest artystów (i muzeów) jest jednym z aspektów szaleństwa, które dotknęło środowiska twórcze.

Drugi aspekt stanowi, moim zdaniem, kwestia tantiem za korzystanie z twórczości. Pomysł ten zakiełkował w głowach twórców wtedy, gdy powstały techniczne możliwości taniego powielania i rozpowszechniania ich dzieł. Zaczęło się od Gutenberga, a teraz możemy powielać praktycznie wszystko i to za darmo (póki co za wyjątkiem rzeźb i budowli).

Czym są tantiemy? Opłatą za możliwość skorzystania (jedno- lub wielokrotnego) z utworu. Ale przecież autor wykonał pracę tylko raz! Zgadza się, lecz opłata za skorzystanie jest znacznie niższa od kosztu stworzenia dzieła. No tak, ale w zależności od wielu czynników (w tym jakości utworu, marketingu i zwykłego szczęścia) tantiemy mogą przynieść śladowy przychód lub wręcz przeciwnie – niewyobrażalne bogactwo. Nie mam nic przeciwko bogactwu, ale ta niewyobrażalność budzi moje wątpliwości. Czy rzeczywiście napisanie jednej przebojowej piosenki powinno przynosić twórcy górę pieniędzy, umożliwiającą dostatnie życie całej jego rodzinie przez następne 500 lat?

Według mnie uczciwy byłby następujący system:

Artysta ma prawo do tantiem do momentu, kiedy jego sumaryczne wynagrodzenie za utwór osiągnie 25-letnią średnią pensję w kraju, którego jest obywatelem.

Po zaistnieniu tego warunku lub po upływie 25 lat utwór przechodziłby do domeny publicznej jako dobro kultury światowej, dostępne za darmo dla każdego.

Co mnie skłoniło do sformułowania takiej, ograniczającej „tantiemizm”, propozycji? Wiadomość o roszczeniach RIAA, zrzeszenia amerykańskich wydawców muzyki, wobec zamkniętego w 2010 roku serwisu LimeWire. Za każde ściągnięcie z tego serwisu jednej z 11 tysięcy zidentyfikowanych piosenek zrzeszenie zażądało takiego odszkodowania, że sumaryczna kwota roszczenia wyniosła 72 biliony dolarów (tak, polskie biliony 10^12, czyli amerykańskie tryliony). Średnio daje to ponad 6 miliardów dolarów za utwór. Komuś naprawdę odbiło! I nie mówcie mi, że to jest tylko szaleństwo amerykańskich prawników. Ktoś dał im mandat do działania i w ostatecznym rozrachunku byli to artyści.

Piractwo, to kradzież, bez dwóch zdań, ale, Panie Hołdys, czy ktoś tu nie przegina?

Matczyne nauki

Moja mama była wspaniałą kobietą – projektantką fundamentów mojego stosunku do świata i nauczycielką, która pozwoliła mi zrozumieć, co w życiu wypada robić, a czego nie, żeby żyć w zgodzie z własnym sumieniem. Właśnie tak, zawsze w zgodzie z własnym sumieniem, a nie tylko łatwo i przyjemnie.

Jakież to staromodne i niepraktyczne w dzisiejszych czasach!

Pewnego razu, gdy mama odprowadzała mnie do przedszkola, moją uwagę przykuł mężczyzna sprawnie poruszający się po ulicy o kulach – mężczyzna, który nie miał jednej nogi. Po prostu nie mogłem oderwać od niego wzroku. Wtedy moja mama powiedziała:

„Nie gap się tak! Pomyśl, jak ten pan się czuje, kiedy wszyscy oglądają się za nim zaciekawieni, jak radzi sobie ze swoim nieszczęściem.”

Może sformułowała to nieco inaczej, ale na całe życie zapamiętałem tę naukę: nie należy zaspokajać swojej ciekawości, jeśli nie służy to niczemu ponad własną uciechę, a może komuś sprawić przykrość. Od tej pory zawsze starałem się jednym rzutem oka oceniać, czy dana osoba potrzebuje pomocy, a jeśli nie, uśmiechać się życzliwie i zajmować swoimi sprawami.

Dzisiejsze czasy, szczególnie w swej tabloidowo-plotkowej sferze, są niestety całkowitym zaprzeczeniem tej podstawy mojego wychowania.

Na przykład nigdy nie wytykałbym palcem osoby, która spociła się i na jej bluzce zaznaczyły się ciemne plamy pod pachami. A takie ordynarne zachowanie propagują portale typu plotek.pl. Oto trzy przykładowe wpisy z ostatnich dni:

  • Za duża suknia Stenki, niedopasowana bielizna Zielińskiej i spłaszczony biust Rosati, czyli wpadki na gali Orły 2012
  • Ups! Madonna zapomniała zrobić pedicure…
  • UPS! Cameron Diaz się spociła!

Na takie rzeczy po prostu nie wypada publicznie zwracać uwagi. Ludzie popełniają błędy, pocą się, przejęzyczają, ale to nie ich „wpadki” są żenujące. Największą „wtopę” zaliczają redaktorzy, którzy relacjonują i akceptują do publikacji tego typu materiały. Redaktorzy, którzy przegapili tę część edukacji przedszkolnej i nadal uważają za stosowne podglądanie, jaki kolor mają majtki dziewczynek. Nie wierzycie? A wpis „Ola Szwed ZAŚWIECIŁA majtkami! A tak się starała…” o czym niby świadczy?

W tym kontekście przypomina mi się jeszcze jedna lekcja, której udzieliła mi moja mama:

Szliśmy pewnego razu ulicą, a ja zobaczyłem za płotem dużego psa. Tupnąłem. Pies warknął ostrzegawczo. Tupnąłem drugi raz. Pies zdenerwowany zaszczekał. Podskoczyłem i zamachałem rękami. Pies zaczął ujadać. Wtedy moja mama wkroczyła do akcji i powiedziała:

„A gdyby nie było tego płotu, to też byś drażnił tego psa? Czy raczej byś zmykał, gdzie pieprz rośnie?”

Zrozumiałem, o co jej chodziło, i od tego czasu nigdy już nie prowokowałem tych, którzy mieli ograniczone możliwości odpowiedzi na mój atak. Uznałem, że to jest niehonorowe zachowanie niegodne Winnetou, którym zawsze chciałem zostać.

Internet i dzisiejsze media są właśnie takim płotem zabezpieczającym zazdrośników i nienawistników przed reakcją atakowanych przez nich osób. Przecież Cameron Diaz nie będzie szukać niewychowanego redaktora, któremu wydaje się, że dokonał bohaterskiego czynu, sprawiając jej przykrość.

I nie jest tu żadnym wytłumaczeniem, że wyśmiewana aktorka nigdy nie dowie się o tych niestosownych komentarzach albo że ją one nic nie obchodzą, albo że wyznaje zasadę, iż nieważne jest, co się o niej mówi, ważne, żeby się mówiło. Jej stosunek do tej sprawy jest tu nieistotny, brak wychowania bowiem pozostaje brakiem wychowania niezależnie od okoliczności.

Człowiek przyzwoity zachowuje się przyzwoicie niezależnie od tego, czy ktoś patrzy, czy nie.

Zgadzasz się?

Sylwestrowa kawa

W najnowszym numerze Polityki znalazłem próbkę kawy rozpuszczalnej, na której opakowaniu wydrukowano następującą instrukcję:

ARABICA1

Zgodnie z zaleceniami producenta:

  1. Wsypałem zawartość saszetki do filiżanki.
  2. Zalałem gorącą, ale nie wrzącą wodą.
  3. Włożyłem filiżankę z aromatyczną kawą do opakowania, które szczelnie zamknąłem.
  4. Umieściłem paczuszkę w suchym miejscu.

Przez chwilę zastanawiałem się, kiedy powinienem przystąpić do konsumpcji napoju, ale na szczęście zauważyłem dodatkową instrukcję, która wyjaśniła mi wszystko:

ARABICA2

Napis „Najlepiej spożyć przed końcem 12.2013” jednoznacznie nakazuje mi rozkoszować się tak przygotowaną kawą w Sylwestrowy wieczór 2013 roku, co uczynię z należytą powagą i satysfakcją!

GTD Dominoes w HugeThing

A oto dwa zdjęcia związane z moją mentorską prezentacją w siedzibie akceleratora Huge Thing:

  • Po lewej: omawiam jedno z najsłynniejszych powiedzeń Davida Allena (autor zdjęcia: @PiotrBiegun).
  • Po prawej: moja dedykacja w książce „Getting Things Done” Davida Allena, którą podarowałem do firmowej biblioteczki (autor zdjęcia: @HugeThing).

GTD Dominoes HugeThing

GTD Dominoes

Wczoraj, 16 maja 2012 roku, w siedzibie akceleratora Huge Thing odbyła się, ciepło przyjęta, premiera mojej prezentacji „GTD Dominoes” przedstawiającej podstawowe założenia metody Getting Things Done Davida Allena. A oto slajdy składające się na tę prezentację:

GTD Dominoes 1

GTD Dominoes 2

GTD Dominoes 3

GTD Dominoes 4

GTD Dominoes 5

GTD Dominoes 6

GTD Dominoes 7

GTD Dominoes 8

Hipermarket szczęścia

Jedni twierdzą, że nie znoszą zakupów, inni, wprost przeciwnie, że je uwielbiają. A ja jak zwykle mam pokręcony stosunek do tej sprawy. Szczególnie jeśli chodzi o wizyty w hipermarketach.

Lubię niekiedy spędzić trochę czasu w wielkiej, wypełnionej ludźmi i towarami hali. Bardziej latem niż zimą, ponieważ wtedy na olbrzymim, płaskim dachu nie zalega gruba warstwa ciężkiego, zlodowaciałego śniegu, gotowego za chwilę spaść mi na głowę.

Przechadzam się wówczas po hipermarketowych alejkach, niczym po parku lub salach muzealnych, i podziwiam kunsztownie rozlokowane na półkach kolorowe towary. Każdy mogę dokładnie obejrzeć i dotknąć – nie tak, jak w przybytkach kultury, gdzie obowiązuje słuszna, chroniąca dobra światowe i narodowe zasada: „RĘCE PRECZ OD EKSPONATÓW!”.

To pouczający spacer, ponieważ okazuje się, że na półkach leżą albo takie rzeczy, których wcale nie potrzebuję, albo takie, które już mam. Często nawet nie biorę wózka lub koszyka, ponieważ wiem, że i tak nic do nich nie włożę.

Gdy już się naoglądam, wolnym krokiem zmierzam w kierunku kas, omijam skłębione w kolejkach, spocone tłumy ludzi najwyraźniej robiących zapasy na wypadek wojny atomowej, powodzi lub upadku drugiego meteorytu tunguskiego i z uśmiechem na twarzy wychodzę na rozświetlony słońcem, olbrzymi parking.

I jestem szczęśliwy – nieobciążony rzeczami, niepozbawiony gotówki i wszystko-co-potrzebne-do-życia-mający.