Tag: raptularz

Dom nad rozlewiskiem

W niedzielne wieczory, w porze największej oglądalności, za sprawą serialu „Dom nad rozlewiskiem” pierwszy program TVP przenosi swoich widzów w piękne, mazurskie plenery. Nie zajmowałbym was, Drodzy Czytelnicy, tym łatwym do samodzielnego sprawdzenia faktem, gdyby nie bliska mojemu sercu nazwa miejscowości, w pobliżu której toczy się akcja widowiska. To Pasym. Miasto w połowie drogi między Olsztynem a Szczytnem, malowniczo położone nad jeziorem Kalwa. To miejsce, gdzie spędziłem większość swoich wakacji. To miejsce, gdzie po raz pierwszy:

  • złowiłem taaaaką rybę;
  • samodzielnie płynąłem łodzią wiosłową i rowerem wodnym, sterowałem żaglówką i motorówką;
  • alkohol (cherry na winiaku) zaburzył moje poczucie równowagi;
  • stanąłem na desce windsurfingowej;
  • będąc świeżo upieczonym kierowcą, zbyt szybko, lecz na szczęście bez konsekwencji przejechałem nieoczekiwanie ostry zakręt drogi;
  • w blasku zachodzącego słońca wyrzeźbiłem tęczę w fontannie tryskającej spod wodnej narty rozcinającej gładką, przedwieczorną toń;
  • zabrałem dziewczynę na samotny rejs po jeziorze;
  • kupiłem piwo w wiadrze (ach, te okresowe, permanentne niedobory – nawet piwa w butelkach brakowało) i wódkę w restauracji, wyrzucając obowiązkowego śledzika do beczki pełnej śledzików;
  • zmierzyłem się z nieprzeniknioną, bezgwiezdną ciemnością mazurskiego lasu;
  • obszedłem na piechotę jezioro i zrozumiałem, że buty nie muszą być piękne – wystarczy, że będą wygodne;
  • wdrapałem się na „kurhan pod wysokim napięciem” i zobaczyłem, że z góry widać więcej i wiatr wolności przyjemnie rozwiewa tam włosy.

Tak, nie da się zapomnieć takich chwil i niezależnie od tego, jak potoczą się dalsze losy bohaterów serialu, zawsze będę tam widział siebie i wspominał czasy, kiedy wszystko było takie… pierwsze.

Dom Nad Rozlewiskiem - Pasym

Mój plan dnia

Jeden z czytelników poprosił mnie o przedstawienie mojego standardowego planu dnia. Oto on (od poniedziałku do piątku):

  • 04:45 Pobudka, lekkie śniadanie, toaleta poranna oraz sprawdzenie, czy w mojej teczce Action Support są dokumenty niezbędne do załatwienia spraw, które chcę danego dnia załatwić.
  • 05:45 Jazda samochodem do firmy (słuchanie podcastów).
  • 06:30 Kawa, pielęgnacja blogu, poranny przegląd zadań.
  • 07:00 Czytanie i pisanie (dokumenty, literatura fachowa itp.).
  • 08:45 Drugie śniadanie.
  • 09:00 Spotkania, czytanie i pisanie, czyszczenie skrzynek spraw przychodzących.
  • 11:45 Lekki obiad (30 minut).
  • 14:45 Popołudniowy przegląd zadań.
  • 15:00 Jazda samochodem do domu (słuchanie podcastów).
  • 16:15 Biały ser z dżemem lub powidłami.
  • 16:30 Sport (bieganie, windsurfing, fitness) (słuchanie podcastów).
  • 17:45 Rodzina, zajęcia domowe, lektury, internet, telewizja itp.
  • 19:00 Duże jabłko.
  • 20:00 Kieliszek czerwonego wina.
  • 21:00 Wieczorny przegląd zadań i przygotowanie zawartości teczki Action Support na następny dzień.
  • 21:30 Toaleta wieczorna.
  • 22:00 Cisza nocna.

Jest to oczywiście plan standardowy, który w razie potrzeby ulega modyfikacjom (na przykład, gdy wieje wiatr, windsurfing ma najwyższy priorytet :-) ), jednak staram się go trzymać i wpływać na świat tak, żeby dopasowywał się do moich zwyczajów.

W soboty i niedziele pozwalam sobie pospać nieco dłużej, bo aż do 06:45. W te dni stałymi, obowiązkowymi punktami programu są: pływanie (poranny basen), spacer, rozliczenia z fiskusem oraz Przegląd Tygodniowy.

Mam nadzieję, że niczego istotnego w powyższym opisie nie pominąłem.

Jak wam się podoba mój plan dnia?

Pod dywanem Zbigniewa Hołdysa

W 1987 roku wraz z czterdziestoma tysiącami fanów uczestniczyłem we wspaniałym koncercie grupy Perfect na Stadionie X-lecia w Warszawie. Mimo że 4 lata wcześniej Zbigniew Hołdys ogłosił rozwiązanie zespołu, Perfect wystąpił w swoim znakomitym składzie (Zbigniew Hołdys, Andrzej Nowicki, Piotr Szkudelski, Grzegorz Markowski i Andrzej Urny) i wspaniałej formie. W sobie tylko wiadomy sposób organizatorzy imprezy ściągnęli wojskowe reflektory przeciwlotnicze, które w tych siermiężnych czasach stworzyły niezapomnianą oprawę świetlną koncertu. Energię, którą muzycy wyemitowali wówczas ze sceny, czuję do dziś, mimo że upłynęły 22 lata.

Cóż, czasy się zmieniły, Perfect występuje od 1993 roku bez swojego założyciela (który w międzyczasie zrealizował inne projekty), a na miejscu Stadionu X-lecia powstaje Stadion Narodowy – arena zmagań piłkarzy nożnych. Jedyne, co pozostało, to wspaniałe wspomnienia i poniższy dokument świadczący o tym, że pod dywanem Zbigniewa Hołdysa (i innych członków zespołu) wciąż zalega włochaty fafoł. W 2000 roku nie było żadnego obiecanego, darmowego koncertu grupy dla właścicieli certyfikatów. Choć z prawnego punktu widzenia można się spierać, czy nie zaszła okoliczność usprawiedliwiająca niewywiązanie się zespołu z danej obietnicy (w kwietniu 2000 roku zmarł Andrzej Nowicki), myślę, że w wirze niesnasek i kłótni muzycy po prostu uznali tę kwestię za nieistotną. Czy słusznie? Moim zdaniem nie, ponieważ reputację mamy tylko jedną i każdy powinien o nią dbać, a szczególnie osoby, które czują się powołane do mówienia innym, jak żyć.

Szkoda, że był to czek bez pokrycia. Tymczasem możemy z tej historii wysnuć następujący morał:

Nie rzucaj obietnic na wiatr, bo nie wiadomo, w którą stronę powieje, a ktoś przecież może uwierzyć w twoje słowa i wziąć je za dobrą monetę.

Perfect 2000 awers

Perfect 2000 rewers

Prawo jazdy dla niekumatych

Egzamin miał się już ku końcowi, egzaminator nie zgłaszał żadnych zastrzeżeń do jazdy zdającego. Do Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego pozostało tylko jedno skrzyżowanie. Zdający czekał, aż przez skrzyżowanie przejadą wszystkie pojazdy mające w tym miejscu pierwszeństwo, gdy, na jego nieszczęście, jeden z kierowców zlitował się, zwolnił i gestem dał znak, żeby „nauka jazdy” włączyła się do ruchu.

– Ha! – krzyknął zachwycony egzaminator. – Wymusił pan pierwszeństwo! Koniec egzaminu!

– Ale przecież tamten dał mi znak, że mnie przepuszcza – próbował bronić się zdający.

– Nic nie widziałem – z tryumfem w głosie oświadczył egzaminator.

Nie opisuję tej sytuacji, żeby dać wyraz swoim emocjom związanym z egzaminacyjnym niepowodzeniem bliskiej mi osoby. To po prostu świadectwo choroby systemu, w którym dostawca usług (egzaminator) jest premiowany za brak sukcesu swoich klientów (zdających). I nie mówię tu tylko o przypadkach korupcji, kiedy wynagrodzenie to jest niezgodne z prawem, ale i o tym, że każda kolejna próba egzaminacyjna to konkretna wpłata do kasy Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego.

Najbardziej demoralizujące są w tym wszystkim następujące, zasłyszane przeze mnie, rady dla zdających:

„Nie myśl, nie interpretuj i nie dbaj o płynność ruchu. Na to przyjdzie czas, gdy przebrniesz już przez egzamin, ponieważ jest on metodą przywoływania do porządku tych, którzy za szybko chcą być kumaci.”

PS. Jeśli jesteś kierowcą i widzisz „naukę jazdy”, nie wpuszczaj jej, gdy masz pierwszeństwo, ponieważ w ten sposób możesz ułatwić zadanie przyczajonemu egzaminatorowi!