Tag: ekonomia

Róbta dzieci?

Gdzie się nie obejrzę, widzę i słyszę „autorytety” wieszczące zagrażającą nam (Polsce, Europie, całej naszej planecie) katastrofę demograficzną.

– Róbta dzieci! – krzyczą nagłówki gazet.

– Bo kto, jak nie one, zarobi na wasze emerytury? – pytają profesorowie.

Już nawet nie chodzi mi o instrumentalne traktowanie naszego potomstwa. Jesteśmy karmieni najidiotyczniejszym i najbezczelniejszym nadużyciem logicznym w historii, będącym podstawą tej demograficznej manipulacji. Otóż:

Spłodzenie i wychowanie dziecka nie jest warunkiem wystarczającym zapewnienia sobie godziwej emerytury!

Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy przeobrażenia cywilizacyjne, których jesteśmy świadkami, doprowadzą do gruntownej przebudowy i zmiany charakteru rynku pracy oraz struktur społecznych.

Komentując wpis „Wykształcona kobieta na wysypisku śmieci w Nairobi” u Torlina [torlin.wordpress.com] (a właściwie wieńczące ten wpis stwierdzenie: „Ale nasuwa się przy tym końcowa myśl, musi się coś na świecie zmienić, aby wykształcona kobieta nie musiała pracować na wysypisku. Wprawdzie żadna praca nie hańbi, no ale bez przesady.”) napisałem:

Będzie wręcz przeciwnie. Nawoływania do rodzenia i kształcenia dzieci, żeby zarobiły na nasze emerytury, są idiotyzmem. Przetrwają najbogatsi, którzy wynajmą najzdolniejszych, żeby zrobotyzowali cały proces wytwarzania dóbr. Dla reszty pozostaną proste usługi, takie jak supermarketowe kasjerstwo, śmieciarstwo, pielęgniarstwo w domach starców i prostytucja. Dlatego obrazek przedstawiający czytelniczkę na wysypisku śmieci jest precyzyjną, alegoryczną wizją przyszłości.

Moje proroctwo spełni się w każdym kraju, który będzie kultywował durną politykę rozwoju opartego na przyroście pogłowia ludności. A droga prowadząca do sukcesu w XXI wieku jest zupełnie inna! Polega ona na skupieniu całego wysiłku na kształceniu tych „najzdolniejszych, którzy zrobotyzują cały proces wytwarzania dóbr”. I nie, nie chodzi tu o nieludzką, wzorowaną na tradycji spartańskiej, selekcję nowo narodzonych dzieci pod względem ich zdolności. Chodzi o coś znacznie lepszego i mądrzejszego – o przebudowę systemu edukacyjnego tak, aby rozniecał, a nie tłumił dziecięcą kreatywność.

Marzenia…

Znacznie łatwiej jest grać na emocjach przyszłych matek i podsycać ich pragnienie posiadania dziecka pseudoracjonalnymi uzasadnieniami demograficznymi, obietnicami „becikowego” (kto nie chciałby dostać paru złotych ekstra) i wydłużonych urlopów (kto nie chciałby odpocząć od nużącej, rutynowej roboty na rzecz unikalnego zadania, jakim jest ukształtowanie nowego człowieka?).

Znacznie trudniej jest dostosować system edukacji do nowej przyszłości, która gdzieniegdzie jest już obecna.

Gdzie?

Przykładowy argument potwierdzający moją diagnozę społeczną podpowiedział mi sam Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama. Na stronie Białego Domu [whitehouse.gov] czytamy :

„Remarks by the President at the Daimler Detroit Diesel Plant, Redford, MI”
(…)
Today, Daimler is announcing a new $120 million investment into this plant, creating 115 good, new union jobs building transmissions and turbochargers right here in Redford — (applause) — 115 good new jobs right here in this plant, making things happen.
(…)

Prezydent USA uznał za warte swojej obecności i płomiennego przemówienia utworzenie przez koncern Daimler 115 nowych miejsc pracy w fabryce, która pokryje zapotrzebowanie Stanów Zjednoczonych na samochodowe skrzynie biegów i turbosprężarki! Taka jest skala popytu na siłę roboczą w przemyśle wytwórczym! Apple też przenosi produkcję do USA. Politycy mówią, że „wracają miejsca pracy”, ale to nieprawda! Wraca produkcja, zautomatyzowana produkcja, a nie miejsca pracy.

Jaki stąd wniosek?

Chcesz mieć dzieci? Proszę bardzo, to wspaniała sprawa! Ale niech powodem powoływania nowego człowieka na świat nie będą dla ciebie zachęty rządu, kościoła czy kogokolwiek. To twoja decyzja i to ty musisz wziąć odpowiedzialność za przyszłość swoich potomków. Inni są tylko kibicami w tej rozgrywce lub konkurentami – sami walczą o to, żeby to ich dzieci, a nie twoje, zajęły najlepsze miejscówki w ekspresie odjeżdżającym w przyszłość.

Ratujmy artystów!

W czwartek 24 maja 2012 roku miał miejsce w Polsce „Dzień bez sztuki” – protest artystów i muzeów (trochę dziwne połączenie ludzi i instytucji) przeciwko „pomysłowi rządu, by zlikwidować prawa twórców do odliczania 50 proc. kosztów uzyskania przychodu”.

Portal kultura.gazeta.pl doniósł, że postulatem artystów (i muzeów) jest też:

Stworzenie systemu, który dawałby ubezpieczenie i emeryturę bez regularnego płacenia składek.

– Większość z artystów nie ma etatów, pracuje na umowy o dzieło i nie stać ich na wykupienie ubezpieczenia czy odkładanie na emeryturę – mówią stojący za inicjatywą artyści, m.in. Zbigniew Libera.

– Gdy byłem młody, nie interesowało mnie, czy ktoś mi w przyszłości będzie wypłacał emeryturę, czy mi jej nie będzie wypłacał. Myślałem, że za dziesięć lat nie będę już żył. Skakałem na główkę i nie obchodziło mnie to. Teraz nadal skaczę na główkę, ale myślę sobie: dlaczego by tam nie podłożyć jakiegoś materaca? Artysta w Polsce nie jest nawet średnio sytuowany. Większość z nas żyje poniżej średniej – mówi Libera.

Ludzie!

Ratujmy artystów!

Brońmy ich!

Przed kim? Przed nimi samymi!

W główkach się towarzystwu poprzewracało!

Jak wytłumaczyć fakt, że w Warszawie mnożą się i znakomicie prosperują prywatne teatry? Że grają ambitny, dobry repertuar i nie jęczą, iż podatnicy nie sypią im grosza do kasy?

Jak wytłumaczyć fakt, że dzieła niektórych artystów plastyków są rozchwytywane na świecie?

Jak wytłumaczyć fakt, że do niektórych muzeów trzeba „zdobywać” bilety?

Odpowiedź jest brutalna w swej prostocie:

Nie wystarczy czuć się artystą, żeby nim być.

Nie wystarczy ukończenie szkoły artystycznej, żeby umieć tworzyć dzieła, które ludzie będą chcieli podziwiać.

I nie chodzi tu o komercję. Ludzie dobrze widzą, kto tworzy bohomazy, a kto dzieła. Kto lata po scenie z gołym tyłkiem, a kto ma naprawdę coś do powiedzenia.

Bary Nowego Jorku, Los Angeles i Hollywood pełne są potencjalnych odtwórców oskarowych ról…

Prawda jest okrutna, ale czyż sztuka nie polega na mówieniu prawdy? Artysta nie może mówić prawdy, jeśli ona do niego nie dociera.

Polski protest artystów (i muzeów) jest jednym z aspektów szaleństwa, które dotknęło środowiska twórcze.

Drugi aspekt stanowi, moim zdaniem, kwestia tantiem za korzystanie z twórczości. Pomysł ten zakiełkował w głowach twórców wtedy, gdy powstały techniczne możliwości taniego powielania i rozpowszechniania ich dzieł. Zaczęło się od Gutenberga, a teraz możemy powielać praktycznie wszystko i to za darmo (póki co za wyjątkiem rzeźb i budowli).

Czym są tantiemy? Opłatą za możliwość skorzystania (jedno- lub wielokrotnego) z utworu. Ale przecież autor wykonał pracę tylko raz! Zgadza się, lecz opłata za skorzystanie jest znacznie niższa od kosztu stworzenia dzieła. No tak, ale w zależności od wielu czynników (w tym jakości utworu, marketingu i zwykłego szczęścia) tantiemy mogą przynieść śladowy przychód lub wręcz przeciwnie – niewyobrażalne bogactwo. Nie mam nic przeciwko bogactwu, ale ta niewyobrażalność budzi moje wątpliwości. Czy rzeczywiście napisanie jednej przebojowej piosenki powinno przynosić twórcy górę pieniędzy, umożliwiającą dostatnie życie całej jego rodzinie przez następne 500 lat?

Według mnie uczciwy byłby następujący system:

Artysta ma prawo do tantiem do momentu, kiedy jego sumaryczne wynagrodzenie za utwór osiągnie 25-letnią średnią pensję w kraju, którego jest obywatelem.

Po zaistnieniu tego warunku lub po upływie 25 lat utwór przechodziłby do domeny publicznej jako dobro kultury światowej, dostępne za darmo dla każdego.

Co mnie skłoniło do sformułowania takiej, ograniczającej „tantiemizm”, propozycji? Wiadomość o roszczeniach RIAA, zrzeszenia amerykańskich wydawców muzyki, wobec zamkniętego w 2010 roku serwisu LimeWire. Za każde ściągnięcie z tego serwisu jednej z 11 tysięcy zidentyfikowanych piosenek zrzeszenie zażądało takiego odszkodowania, że sumaryczna kwota roszczenia wyniosła 72 biliony dolarów (tak, polskie biliony 10^12, czyli amerykańskie tryliony). Średnio daje to ponad 6 miliardów dolarów za utwór. Komuś naprawdę odbiło! I nie mówcie mi, że to jest tylko szaleństwo amerykańskich prawników. Ktoś dał im mandat do działania i w ostatecznym rozrachunku byli to artyści.

Piractwo, to kradzież, bez dwóch zdań, ale, Panie Hołdys, czy ktoś tu nie przegina?

Wstydliwa rzecz

Jesteś dobrym człowiekiem. Masz swoją pasję polegającą na robieniu czegoś, co przynosi pożytek, radość lub rozrywkę bliźnim. Coraz więcej osób chce skorzystać z twojej wiedzy, pomocy i czasu. I sowicie cię wynagrodzić. A ty się wstydzisz…

Wstydzisz się wyznaczyć słuszną cenę za swoją usługę lub produkt.

Bo paraliżuje cię podstawowa wątpliwość:

Jak mogę brać od kogoś pieniądze za coś, czego robienie sprawia mi tak wielką przyjemność?

I wiążesz z trudem koniec z końcem, rozwijając swoją pasję po godzinach, po powrocie z nielubianej pracy do domu. Wielu potrzebującym musisz odmawiać, bo przecież się nie rozerwiesz. Doba ma tylko 24 godziny. Musisz się kiedyś wyspać, a twoja rodzina musi jakoś dotrwać do pierwszego.

To zaklęty krąg, którego źródłem jest idiotyczne przekonanie, że ludzie powinni ci płacić tylko za to, co sprawia ci trudność, jest nudne i czego nie lubisz robić. Że ich pieniądze są rekompensatą za twoje cierpienia.

Co za bzdura!

Jeśli tylko masz pożyteczną pasję i wiesz, że inni chcieliby skorzystać z twoich talentów i umiejętności, nie wahaj się ani chwili. Wyznacz cenę za swoje usługi. Jaką cenę? Taką, która:

  • pozwoli ci zrezygnować z kieratu i całkowicie poświęcić się pasji;
  • zapewni ci środki do życia;
  • umożliwi ci rozwijanie pasji, tak abyś mógł coraz lepiej pomagać coraz większej liczbie potrzebujących.

I nie bądź zbyt skromny, nie wyznaczaj zbyt niskiej ceny. Pamiętaj, że wojna cenowa to równia pochyła prowadząca do bankructwa. Jeśli dla pozyskania klienta musisz obniżyć cenę, zachęć go specjalną, ograniczoną w czasie promocją, ale nie zmieniaj swojego cennika.

Niech twoim atutem będzie wiedza, praktyka i profesjonalizm, a nie taniocha.

Nie wstydź się, tylko zobacz, z jaką radością ludzi chcą wynagradzać cię za rozwiązywanie ich problemów.

Ile zatem kosztuje godzina twoich usług?

Emerytura 50

Blisko dwa lata temu opublikowałem wpis Emerytura Pawlaka, w którym przedstawiłem szczegółowe wyliczenie, dlaczego obecny system emerytalny jest bezsensowny. Niedawno Waldemarowi Pawlakowi znów wymknęło się, że na emeryturę z ZUS-u nie ma co liczyć. Przyznaję mu rację – oczywistość nadal pozostaje oczywistą oczywistością.

Tymczasem opinię publiczną zaczęła rozgrzewać debata na temat podwyższenia wieku emerytalnego w celu podtrzymania przy życiu dogorywającego bezsensu. No może niezupełnie bezsensu – wszak Zakład Ubezpieczeń Społecznych jest miejscem wypłaty zasiłków tysiącom pracujących tam urzędników oraz istotnym źródłem przychodów dla firm budowlanych, meblowych i informatycznych.

Mógłbym tak dalej wdeptywać leżącego w ziemię, ale nie o tym jest ten wpis.

A o czym?

O błędnej taktyce negocjacyjnej przeciwników podwyższenia wieku emerytalnego.

Drodzy Związkowcy! Pracownicy! Matki Polki! Młodzieży!

Skoro rząd twierdzi, że konieczne jest podwyższenie wieku przejścia na emeryturę dla kobiet i mężczyzn do 67 lat, nie protestujcie, żądając utrzymania obecnego status quo!

Szanowni Panowie! Naprawdę chcecie pracować do 65 roku życia?

A wy, Drogie Panie, harować do 60 roku życia?

Zastanówcie się, co robi firma Apple, gdy atakuje ją Samsung? Organizuje marsze? Oflagowuje swoją siedzibę? Żąda rozmów?

NIE! KONTRATAKUJE!

Słuchajcie zatem uważnie, bo nie będę powtarzać.

Nie przyjmujmy do wiadomości mętnych argumentów i pseudonaukowych wyliczeń. Nie żądajmy wycofania się rządu z tej reformy. Bądźmy pragmatyczni i zaproponujmy jej korektę. Niech naszym hasłem będzie:

Emerytura 50

Dlaczego rząd nie miałby zadekretować, że Polak zasługuje na pełną emeryturę w wieku 50 lat? Przecież obecny system i tak zbankrutuje, ale dzięki naszej wspólnej, społecznej propozycji stanie się to w radosnej, zrelaksowanej i wypełnionej narodową zgodą atmosferze.

Nowy system zapewni harmonijny trójpodział życia przeciętnego Polaka:

  • 25 lat dzieciństwa i nauki;
  • 25 lat pracy;
  • 25 lat zasłużonej emerytury.

Poza tym wprowadzenie obowiązkowego przechodzenia pięćdziesięciolatków na emeryturę rozwiąże palący problem bezrobocia zarówno w tej grupie wiekowej, jak i wśród młodzieży. To niepodważalny i ostateczny argument świadczący o tym, że nie ma rozsądnej alternatywy dla naszego programu:

Emerytura 50

Kto jest za?

ACTA Anonimowego Legalisty

Legalizm – w postępowaniu obywateli, przejawia się w przestrzeganiu przez nich obowiązującego prawa.

Czas na wyznanie:

– Mam na imię TesTeq i… (westchnienie) jestem legalistą.

Uważam, że przepisy chronią dobro ogółu i poszczególnych obywateli przed tymi, którzy nie mogą oprzeć się pokusie pójścia na nieetyczne skróty. Chcę wierzyć, że wszystkie regulacje temu służą, a każdy przypadek, kiedy tak nie jest, sprawia mi ogromną przykrość.

Przepisy chroniące własność intelektualną mają swój głęboki sens, ponieważ osoba tworząca coś, co przydaje się lub sprawia przyjemność innym, powinna mieć prawo do odpowiedniego wynagrodzenia, by mogła kontynuować swoją wspaniałą działalność. Może z tego prawa korzystać lub nie, ale to do twórcy należy wybór, a nie do odbiorcy.

Problem w tym, że wypracowany w XX wieku model ochrony własności intelektualnej nie dość, że wypaczył się i miast przynosić gros zysków twórcom, służy utrzymywaniu marketingowo-prawnej machiny międzynarodowych koncernów, to jeszcze całkowicie zagubił swój sens w nowej sytuacji technologicznej, pozwalającej na łatwe powielanie kopii każdego dzieła w idealnej, nieodróżnialnej od oryginału formie. Każdy bit wygląda tak samo – nie jest ani mniejszy, ani większy, nie jest ani wyraźniejszy, ani bardziej zamazany.

A co z tej ochrony mam ja – Anonimowy Legalista?

Tylko niewielki procent tego, do czego dostęp ma osoba nie zważająca na prawa chroniące własność intelektualną i kopiująca bity według własnych potrzeb i upodobań.

Dlaczego tak jest?

Ponieważ błędnym celem podmiotów, którym twórcy przekazali swoje prawa, jest ograniczanie dostępu do twórczości, a nie jej upowszechnianie.

Kiedyś, kiedy w Polsce nie można było jeszcze nabyć legalnego oprogramowania, kupiłem za granicą narzędzia programistyczne, za pomocą których stworzyłem kilka całkiem zyskownych produktów. W międzyczasie międzynarodowe koncerny zadomowiły się w naszym kraju i pojawiła się możliwość uaktualnienia owych narzędzi. I co? I otrzymałem odpowiedź, że owszem, mogę zakupić nową wersję na bardzo dogodnych warunkach w ramach abolicji antypirackiej! Szczęka mi opadła!

Podobne podejście do polskiego rynku stosowała do niedawna firma Apple, nie udostępniając swojego sklepu iTunes ze względu na szalejące u nas piractwo. A jak miało nie szaleć, skoro legalna furtka była zamknięta?

Moim zdaniem prędzej czy później dotychczasowy model ochrony własności intelektualnej legnie w gruzach i nie pomogą żadne ACTA, SOPA i PIPA. Jednak to nie obecne protesty „internautów” będą salwą, która obali skostniałe struktury. Rewolucji dokonają legiony twórców nowej generacji, którzy już budują swoje niezależne struktury dystrybucji dzieł w internecie. Stanie się tak, kiedy odejdą podpory wielkich koncernów: Madonna, Rolling Stones czy U2, a nowe gwiazdy zrozumieją, że nie warto dokarmiać tabunów marketingowców i prawników.

I tego nam wszystkim życzę!

Pracownicy i zasoby ludzkie

Jeżeli myślałeś, że poprzedni wpis „Odklejeni od rzeczywistości” był szczytem subiektywizmu i wrednego kapitalistycznego podejścia autora BIZNESU BEZ STRESU, to się myliłeś. Pod wpisem tym pojawił się znakomity komentarz czytelnika orginal_replica, zawierający między innymi osobistą przypowieść przedsiębiorcy o przekazywaniu firmy pracownikom, którzy nawet za darmo nie chcą otrzymać w spadku dochodowego biznesu. Ponieważ nie wszyscy czytają komentarze i nie pojawiają się one w kanale RSS, postanowiłem zacytować ten tekst w ramach dzisiejszego wpisu. Słowa są ostre i bezkompromisowe, ale przypominam, że można spotkać ludzi, których one nie dotyczą – pracowników, na których można zawsze polegać i którzy dołożą wszelkich starań, żeby każdą sprawę doprowadzić do korzystnego dla firmy finału. Mam nadzieję, że Ty, Drogi Czytelniku, należysz do tego grona.

Oto komentarz czytelnika orginal_replica:

Kilka lat temu pisaliśmy o podobnym problemie. Dosyć ostro opisałem [cenzura – pejoratywne określenie grupy osób, które zachowują się w sposób niekulturalny], która pracuje w większości firm. Zostałem za to zganiony przez Damę Blogową. I rzeczywiście – z punktu widzenia pracodawcy jest lepiej mówić o bezcennych siłach, które utrzymują firmę w ruchu :))). Za kogo on (pracodawca) ich ma – nie musi mówić; i to jest święto prowda.

Ale – w każdej firmie są pracownicy i zasoby ludzkie. Zasoby to jest ta część, która ma nikłe lub żadne umiejętności (chodzący przewód pokarmowy), łatwo zastępowalne przez inne jednostki z tego klastra. Wymagają bardzo dużo uwagi i nadzoru, sześć razy przytaknie, że rozumie, po czym tak schrzani robotę jak nikt przedtem. W poniedziałki potrzebuje urlopu na żądanie. Danie wypłaty w środku tygodnia to zezwolenie na kolejny urlop na żądanie do następnego poniedziałku.

Zupełnie nieistotny jest tu poziom formalnego wykształcenia. Któryś z przedmówców pisał o mizerii absolwentów szkół prywatnych. Od 20 lat mam te same doświadczenia – absolwenci 85% kierunków wyższej szkoły gotowania na gazie czy ultrafioletowej pielęgnacji paznokci są ofiarami marketingu i braku rozeznania własnych rodziców. Im razem się wydaje, że jak zapłacą, to dostaną produkt, o którym myśleli/marzyli dla swoich dzieci. Tylko – ci rodzice nie mają pojęcia jak powinien ów produkt wyglądać – no bo skąd? Wałęsa miał im powiedzieć?

Nie pojawia się w małej główce wątpliwość dlaczego dzieci prawnika, lekarza, inżyniera startują do uniwersytetu państwowego i przechodzą ciężki egzamin wstępny?

Nie ma kalkulacji – albo korepetycje, żeby się dostać na UW czy inny UAM i potem pomoc materialna dziecku przez 5 lat, albo tanie czesne w WYŻSZEJ SZKOLE CZEGOŚ TAM, zajęcia w soboty i niedziele i w perspektywie zmywak w Cork, jeśli dziecko opanuje „komunikatywnie” angielski. Wariant drugi to „sukces” polskiej prowincji. Wykołowanej i chcącej prostego obrazu świata „są chipsy, jest zabawa!”

No to kupują kolejną paczkę chipsów. A potem ma się 30 lat i pretensje do świata, że 10 ostatnich zostało zaprzepaszczone. Pytanie – dzięki komu?

Jeśli potrzebuję nowych pracowników z pojemnika „zasoby ludzkie”, to daję ogłoszenie do prasy – otrzymuję 200 zgłoszeń (z tego 100 wysyłanych wszędzie, często nie z moim adresem). Selekcjonuję 40-50 – na telefon odpowiada 20, spośród nich umawia się na spotkanie 15 osób. Przychodzi 5 – reszta nie ma świadomości, że niestawienie się na umówione spotkanie wymaga przynajmniej telefonu odwołującego. Z tych 5 osób 3 nie nadają się do tej pracy, z pozostałych 2 po miesiącu zostaje jedna, bo drugiej np. „mąż zabronił pracować na pierwszą zmianę!” I to jest sukces rekrutacji!!!

Drugi gatunek to pracownicy – osoby rozumiejące ekonomikę firmy, zarządzające zasobami ludzkimi. Zazwyczaj wykształceni w uczelniach państwowych lub samorodki wyselekcjonowane w procesie rekrutacji wewnętrznej. Ich główna cecha to odpowiedzialność za to, co robią. Chęć dokształcania się. Ale często strach przed samodzielnym podejmowaniem decyzji. Tu pracodawca ma duże pole do popisu.

I to te osoby stanowią fundament każdej firmy, jej image.

Trzeba również wiedzieć, że nic nie jest dane raz na zawsze. Dlatego dobrze jest umieć wyselekcjonować osobę spośród pracowników, która osiadła na laurach i zajęła się obroną uzyskanej pozycji. Wtedy krótka piłka – likwidacja stanowiska i wypowiedzenie bez żadnych sentymentów. Rok później trzeba będzie użyć cztery razy mocniejszych argumentów.

I na koniec ciekawostka potwierdzająca tezę, że tylko około 3% ludzi chce i ma odwagę zajmować się biznesem.

W końcu ubiegłego roku wyjeżdżałem na dłużej za granicę i postanowiłem skończyć z działalnością gospodarczą. W lipcu wręczyłem wymówienia wszystkim pracownikom i jednocześnie przedstawiłem im ofertę bezpłatnego przejęcia mojej firmy wraz ze zleceniami i całą bazą danych. Miałem czwórkę pracowników (niektórzy byli u mnie 15 lat) i 50 osób zasobów ludzkich. Wszyscy pracownicy potraktowali moją propozycję jako osobisty zamach na ich… nie wiadomo co? Chciałem im oddać firmę, która dałaby im dochód 4 razy większy od ich pensji. Za friko. Po bardzo burzliwym dniu, kiedy mnie odsądzono od wszelkich uczuć ludzkich (jak śmiem im proponować odpowiedzialność za ich własną firmę!) – zrezygnowałem z pomysłu. Znalazłem młodą osobę, która przejęła po rodzicach biznes i przekazałem jej całość mojej firmy wraz z pracownikami i zasobami ludzkimi. Poprosiłem, żeby pracownikom obcięła na początku uposażenie o 30%, żeby mieć z czego podwyższać, kiedy będzie potrzeba. Zrobiła to i ma ich wszystkich do dyspozycji, ale nie na umowie o prace – jak ja – lecz na zleceniu.

I w ten sposób poznałem cenę odwagi samodzielnej działalności gospodarczej.

Odklejeni od rzeczywistości

„Skąd biorą się tak odklejeni od rzeczywistości ludzie?” – zastanawia się Robert z Katowic, właściciel firmy reklamowej, który, tak jak wielu innych pracodawców, nie może zrozumieć beztrosko aroganckiej postawy nowego pokolenia pracowników. Pokolenia, które uważa, że należy mu się godna płaca za… samą przyjemność obcowania z nimi w ściśle przez nich wyznaczonych przedziałach czasu. Bo oczywiście o 16-tej idą na basen, a w lipcu wybierają się w Himalaje. Konieczność zostania po godzinach to zamach na ich wolność osobistą. W ostateczności mogą na to przystać, ale żeby to się więcej nie powtórzyło! No i za to niezwykłe wyrzeczenie należą im się dwa dni wolnego plus specjalna premia.

Zamieszczony w ostatnim wydaniu „Dużego Formatu” (czwartkowy dodatek do Gazety Wyborczej) artykuł pod tytułem „Oburzonych zapraszam do pracy” zawiera wypowiedzi pracodawców przerażonych postawą pokolenia Y, składającego się w większości z ludzi, którzy są oburzeni, że nie przygotowano dla nich miejsc pracy, a właściwie miejsc realizacji ich aspiracji – przede wszystkim finansowych. Firma to dla nich miejsce wypłaty wynagrodzenia pozwalającego wygodnie przeżyć i rozwijać swoje zainteresowania. O to, skąd biorą się te pieniądze, niech martwi się pracodawca.

Ale niestety ten wredny pracodawca nie ma drukarni banknotów. Naga prawda jest taka, że to klient przynosi do firmy pieniądze. I to tylko wtedy, kiedy jej pracownicy sprawią, że będzie zadowolony z ich usług. Zadziwiające, że tak trudno to zrozumieć.

Wielu młodych ludzi nie chce tej prostej zasady przyjąć do wiadomości i wolą, z dumnie uniesionym czołem, głosić wszem i wobec, że:

Dla ludzi z ich wykształceniem w tym kraju nie ma pracy!

Ferdynand Kiepski, nieudacznik z polsatowskiego serialu, staje się dziś wzorcem dla młodego pokolenia. BRAWO!

Jakim wykształceniem? O czym my tu w ogóle mówimy?

Abstrahując od faktu, że wiele uczelni uczy na niby, a studenci studiują na niby, sama, nawet najgłębsza wiedza teoretyczna to zaledwie punkt zaczepienia do zdobywania doświadczenia zawodowego. A doświadczenie można zdobyć tylko, prezentując aktywną postawę, podejmując nowe wyzwania, nie licząc co do minuty czasu pracy i starając się, żeby klient był autentycznie zadowolony z tego, co robimy. Kto tego nie rozumie, jest reliktem PRL-u.

Swoją drogą to ciekawe, że postawa „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy” przetrwała zawieruchę zmiany ustroju i odżyła w nowej, konsumpcjonistycznej formie w mózgach pokolenia Y. A może po prostu jest to bezmyślność właściwa większości społeczeństwa, które uważa, że pracodawca powinien płacić, ale nie wymagać, bo wymaganie godzi w wolność osobistą człowieka.

Zastanówcie się nad tym, a szczególnie nad jedną banalną kwestią:

Skąd się biorą pieniądze, które wypłaca wam właściciel firmy?