Tag: dieta

Dieta Mistrza Beksińskiego

jeśli witaminy, to w tabletkach, jeśli kawa, to w proszku, najsmaczniej można zjeść w McDonaldzie (kanapka McRoyal na pierwszej pozycji), najlepszym napojem świata jest obecnie pepsi max. Z owoców mogą być truskawki, ale rezygnuje z nich, bo za dużo jest roboty z odrywaniem ogonków. Marzy o truskawkach w tubce, na razie zjada jogurty.

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 405]

Tezy Gastronomiczne Zdzisława Beksińskiego:

„Wszystkie potrawy na świecie można podzielić na potrawy zdrowe oraz potrawy smaczne. Określenia te wzajemnie się wykluczają: potrawy zdrowe nie są smaczne, zaś potrawy smaczne nie są zdrowe. Jako przypadki szczególne potraktować należy potrawy zarazem niesmaczne i niezdrowe, natomiast potrawy zarazem smaczne i zdrowe w ogóle nie występują w przyrodzie. Powyższe stawia pod znakiem zapytania teorię ewolucji i stanowi pośredni dowód na istnienie Boga.

Pieprzu jest zawsze za mało.

Nawet niewielki dodatek oliwy jest w stanie kompletnie popsuć smak każdej potrawy.

Czosnek jest niejadalnym paskudztwem.

Cukinia, patison, melon, kabaczek i dynia są niejadalnym paskudztwem.

Owoce morza są niejadalnym paskudztwem.

Grzyby są niejadalnym paskudztwem.

Rydze nie są grzybami.

Amen.”

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 405]

Poproszony o podanie swojego ulubionego przepisu do książki „101 potraw znanych osobistości z Polski” pisze: „Od śmierci mojej żony odżywiam się w sposób stereotypowy i skrajnie uproszczony, najczęściej przy pomocy Pizzy Hut, Tele Pizzy, KFC, Burger Kinga i MacDonalda. (…) Póki żyła moja żona, moją ulubioną potrawą, którą przedkładam nad wszystkie inne, były ruskie pierogi z kartoflami i serem. (…) Już do końca życia nie zjem takich pierogów, jakie robiła żona, gotując zaś sam potrawę zwaną „szybki przysmak Beksińskiego” (bo u mnie jedzenie powinno być szybkie, nie cierpię biesiadować), kompiluję ją z gotowych półfabrykatów w następujący sposób: jedna puszka wołowiny w sosie własnym. Jeden słoik sosu Uncle Ben’s ostry seczuański. Dwie torebki ryżu Uncle Ben’s gotowane przez 18 minut. Wołowinę krajemy w kostkę, wyrzucając przedtem tłuszcz z konserwy do kubła, wrzucamy do garnka, zalewamy sosem, dodajemy lekko kopiatą łyżeczkę czarnego pieprzu (…) i podgrzewamy, by nie zaczęło kipieć, bo się bezpowrotnie rozrzedzi. Zjadamy to z ryżem w takim stosunku, by jedna konserwa plus jeden sos wystarczyły na dwie torebki ryżu. (…) Popijać to trzeba pepsi max z lodówki! I tak skromnie wygląda szczyt moich upojeń gastronomicznych.”

[Magdalena Grzebałkowska, „Beksińscy. Portret podwójny”, s. 407]

Insulina, głupcze!

Podążając za entuzjastyczną rekomendacją Michała Śliwińskiego, twórcy znakomitej aplikacji do zarządzania swoim życiem Nozbe, sięgnąłem po, dostępną także w języku polskim, książkę „Dlaczego tyjemy i jak sobie z tym poradzić?”. Tusza nie jest obecnie moim problemem, ale temat bardzo mnie zainteresował.

Autor, Gary Taubes, kwestionuje pogląd, że o otłuszczeniu ludzkiego organizmu decyduje tylko i wyłącznie bilans energetyczny mierzony liczbą pożeranych i spalanych kalorii. Opierając się na dowodach naukowych, twierdzi, że głównym winowajcą jest nierównowaga hormonalna. W szczególności poziom insuliny stymulowany nadmiernym spożyciem węglowodanów.

Postaram się w najbliższym czasie przeprowadzić eksperymenty na żywych organizmach w celu potwierdzenia lub obalenia tez przedstawionych w tej książce, a o wynikach poinformuję za kilka miesięcy.

Tymczasem… kilka cytatów na zachętę:

Pożywienie to energia, a mierzymy ją kaloriami. Gdy zatem spożywamy więcej kalorii, niż spalamy, tyjemy. Jeśli spożywamy mniej kalorii, chudniemy.

Takie postrzeganie naszej wagi jest na tyle przekonujące i powszechne, że dzisiaj właściwie nie da się w nie nie wierzyć. Nawet jeśli mamy mnóstwo dowodów na to, że jest inaczej – przecież od tylu lat staraliśmy się mniej jeść i więcej ćwiczyć – bardziej prawdopodobne jest, że zakwestionujemy własne poglądy i siłę woli niż twierdzenie, że o naszej otyłości decyduje brak równowagi kalorycznej.

Moim ulubionym przykładem takiego sposobu myślenia jest przypadek uznanego fizjologa wysiłku fizycznego, współautora zestawu wskazówek na temat aktywności fizycznej i zdrowia, opublikowanych w sierpniu 2007 roku przez Amerykańskie Stowarzyszenie Kardiologiczne oraz Amerykańskie Kolegium Medycyny Sportowej. Człowiek ten powiedział mi, że gdy zaczynał uprawiać biegi lekkoatletyczne w latach siedemdziesiątych, był „niski, gruby i łysy”, a teraz zbliża się do siedemdziesiątki i jest „niski, grubszy i łysy”. Przez te lata przytył kilkanaście kilogramów, a przebiegł jakieś sto trzydzieści tysięcy kilometrów – czyli mniej więcej trzykrotnie obiegł Ziemię (wzdłuż równika). Podejrzewał, że wysiłek fizyczny, sprzyjający utracie wagi, ma granice, ale wierzył też, że gdyby nie biegał, byłby jeszcze grubszy.

Gdy go zapytałem, czy naprawdę uważa, że mógłby być szczuplejszy, gdyby przebiegł cztery razy dookoła Ziemi, a nie trzy, stwierdził: „Nie dałbym rady być już bardziej aktywny fizycznie. Nie miałbym na to czasu. Ale gdybym mógł biegać przez ostatnie kilkadziesiąt lat przez dwie-trzy godziny dziennie, może bym tak nie przytył”. Szczerze mówiąc, pewnie i tak by przytył, ale ta myśl nie przyszła mu do głowy.

Gary Taubes „Dlaczego tyjemy?” (14-15)

Nie tyjemy dlatego, że jemy za dużo i ruszamy się za mało.

Gary Taubes „Dlaczego tyjemy?” (16)

Nie jest jednak moją intencją sugerowanie, że istnieje magiczna recepta na schudnięcie, a już na pewno nie taka, która nie wymaga poświęceń. Pytanie brzmi: co trzeba poświęcić?”

Gary Taubes „Dlaczego tyjemy?” (16)

Otyłość to skutek nierównowagi hormonalnej.

Gary Taubes „Dlaczego tyjemy?” (18)

Dieta-cud? Nie, SPŻ!

„Przez dwa tygodnie byłam na diecie i jedyne, co straciłam, to dwa tygodnie.” – powiedziała kiedyś moja znajoma.

Nie wierzę w skuteczność diet, które narzucają nienormalny tryb żywienia przez kilka lub kilkanaście tygodni. Dieta się kończy i po pewnym czasie znów jesteś w punkcie wyjścia. Albo jeszcze dalej od upragnionego, godnego pokazania na plaży, celu.

Wierzę natomiast w zasady. Trwałe, życiowe zasady, które James Bond nazywa Standardowymi Procedurami Operacyjnymi.

Oto moje Standardowe Procedury Żywieniowe, czyli SPŻ:

  1. Jedz powoli. Nie na chybcika. Nie pędzikiem. Niespiesznie smakuj każdy kęs rozgryzając go na miazgę. W ten sposób szybciej poczujesz się najedzony.
  2. Jedz przez pół doby. Nie, nie chodzi o siedzenie przy stole przez 12 godzin. Codziennie zjedz pięć posiłków w równych odstępach co trzy godziny, a przez następne 12 godzin daj żołądkowi odpocząć od roboty. Na przykład:
    • 06:00 – śniadanie
    • 09:00 – drugie śniadanie
    • 12:00 – lunch
    • 15:00 – przekąska
    • 18:00 – kolacja
  3. Jedz za swoje. Unikaj poczęstunków, promocji, podkradania smakołyków z lodówki teściowej i wszelkiej darmowej wyżerki. Jeśli nie wypada inaczej, skosztuj odrobinę, skomplementuj talenty kulinarne autora lub hojność fundatora wyżerki, a potem, wymawiając się zaleceniami lekarza, zakończ konsumpcję. Pamiętaj: darmowe i kradzione tuczy jak diabli!

I tyle. Żadna dieta-cud, tylko moje Standardowe Procedury Żywieniowe, które, wraz z przebiegniętymi kilometrami, skutecznie stabilizują moją wagę na odpowiednim poziomie.

Jak zostać celebrytą?

Tim Ferriss to mistrz marketingu. Co sprzedaje? Własną osobę. Wykonuje na sobie eksperymenty z dziedziny „jak zostać celebrytą w kolejnej, popularnej dyscyplinie lajfstajlowej”.

Zaczął od „4-godzinnego tygodnia pracy”, gdzie przedstawił metodę automatyzacji swojej pracy i swojego życia, pozwalającą ograniczyć własne zaangażowanie do owych czterech godzin tygodniowo. Co zrobił z wygospodarowanym czasem? Pobił rekord Guinnessa w tangu argentyńskim i został mistrzem chińskiej odmiany kickboxingu.

Później opublikował „4-godzinne ciało”, stając się autorytetem w dziedzinie doprowadzania ludzkiej sylwetki do perfekcji. W międzyczasie udostępnił swój absolutnie skuteczny system nauki dowolnego języka obcego w 3 miesiące do poziomu umożliwiającego normalne funkcjonowanie wśród „tubylców”.

Trzecie dzieło Tima Ferrissa – „4-godzinny szef kuchni” – zawiera nie tylko przepisy kulinarne, ale także odkrywa tajemnicę jego niezwykłych sukcesów.

Jest nią DiSSS – 4-etapowy (jakżeby inaczej – 4 to jego szczęśliwa liczba) system nauki wszystkiego:

  1. Dekonstrukcja – „Od jakich podstawowych jednostek wiedzy (klocków LEGO) należy rozpocząć zgłębianie danej dziedziny?”
  2. Selekcja – „Na których 20% z tych podstawowych jednostek wiedzy należy się skupić, aby osiągnąć 80% pożądanego efektu?”
  3. Sekwencja – „W jakiej kolejności należy przyswajać podstawowe jednostki wiedzy?”
  4. Stawka – „Jakimi konsekwencjami należy sobie zagrozić, aby zmotywować się do wytrwania w nauce?”

Czyż to nie proste? Proste! Więc co cię jeszcze powstrzymuje przed rozpoczęciem celebryckiej kariery?