Kategoria: x-lektury

Kapitalistyczny demon

Jako korporacja, Leland wchodził właśnie w drugie stulecie działalności, a nieprzerwany sukces, przez dekady politycznych i wojskowych wstrząsów, osiągał dzięki prostemu i konsekwentnemu wdrażaniu swoich podstawowych zasad ekonomicznych. Wiele lat temu jakiś absolwent MBA zatrudniony w firmie wydestylował te zasady do postaci wręcz spartańskiego twierdzenia:

„[Lud] / [Bogaci] = [Niskie pensje] / [Wysokie zyski]”

Dowód prawdziwości tego twierdzenia leżał na rachunkach bankowych i maklerskich na całym świecie.

Uznanie zarządzających funduszami Lelandu za ludzi niemoralnych byłoby nadmiernym uproszczeniem wizji świata. Postrzegali oni swoją pracę jako wkład w rozwój gospodarczy regionów zapóźnionych ekonomicznie, kluczowy dla postępu całej cywilizacji. Potwierdzeniem tego poglądu był fakt, że niemal każdy członek plemienia Bantu pytany o to, czego naprawdę pragnie, wymieniał telewizor i klimatyzację. Poza tym doskonale wiedział, że nie zdobędzie żadnej z tych rzeczy, polując na antylopy. I dodatkowe moralne uzasadnienie: ludzie z Trzeciego Świata wcześniej byli równie żądni krwi i dominacji, jak przed przybyciem obcych zwierzchników. Po prostu brakowało im organizacji i skutecznej broni, które teraz mogli zdobyć dzięki nisko oprocentowanym kredytom.

Poza tym zasoby naturalne powinny przecież trafiać tam, gdzie są najefektywniej wykorzystywane. To była esencja darwinowskiego modelu: przetrwają najlepiej dostosowani. Ale Darwin nie stworzył tego modelu, on go tylko odkrył. W rzeczywistości to ów model wykreował Darwina. Po prostu zawsze tak było i zawsze będzie. Bezradne słabe istoty są pożerane żywcem. Smutna prawda, ale nieunikniona.

A zresztą, co mogło zastąpić kapitalizm? Komunizm? Teokracja? Większość krajów Trzeciego Świata przeżyło już niemal śmiertelne wstrząsy pod rządami przedstawicieli obu tych idei. W końcu to komuniści zalali świat tanimi kałasznikowami w imię „wyzwolenia” mas. Jedynym trwałym efektem tej ideologii było to, że każdy mur między Kairem i Filipinami miał przynajmniej jeden ślad po kuli. Poza tym nic się nie zmieniło, bo te alternatywne systemy przekonań istniały wbrew ludzkiej naturze. I wbrew zwykłemu rozsądkowi. Każdy, kto kiedykolwiek dzielił się pizzą z kumplami w akademiku wie, że komunizm nie ma prawa funkcjonować. Gdyby Lenin i Marks pomieszkali wspólnie, być może udałoby się ocalić sto milionów ludzi i zaprząc ich do czegoś pożytecznego, choćby produkcji butów sportowych lub mebli do biur.

Daniel Suarez „Demon” (250-251)

Zacytowany powyżej emocjonalny manifest jest niereprezentatywnym cytatem z inspirującego intelektualnie techno-thrillera „Demon”. Daniel Suarez, programista i konsultant do spraw systemów informatycznych, przedstawił w nim ponury scenariusz zdobycia władzy nad światem poprzez przejęcie internetowych zasobów firm i organizacji za pomocą oprogramowania, które wywodzi się wprost z mechanizmów sztucznej inteligencji wbudowanych już dzisiaj w gry komputerowe. Włączenie wszystkiego do wspólnej sieci sprawia, że zanika różnica między tym, co realne, a tym, co wirtualne. Na przykład już teraz nie istnieją techniczne przeszkody, żeby niektóre skrzyżowania w grze symulującej wielkie miasto miały odwzorowanie w Warszawie czy San Francisco i żeby gracze (zarówno ludzie, jak i postacie wykreowane przez komputer) mogli wpływać na cykl pracy sygnalizatorów ulicznych.

Wszystkim interesującym się internetem, informatyką, grami komputerowymi, psychologią i współczesną cywilizacją szczerze polecam sięgnięcie po „Demona”. Nawet w polskim tłumaczeniu, choć w wielu miejscach gubi ono sens i profesjonalną terminologię oryginału. Ale może do wprowadzenia takich błędów zmusił polskich tłumaczy Demon, albo sam zmodyfikował tekst w cyfrowej drukarni…

Rozebrałem się do naga

Kiedyś, gdy miałem szesnaście lat i nikogo nie było w domu, rozebrałem się do naga, stanąłem przed dużym lustrem i obejrzałem się od stóp do czubka głowy. Oglądając siebie w taki sposób, sporządziłem listę wszystkich swoich niedoskonałości, a przynajmniej tego, co za nie uznawałem. Na przykład (a to tylko przykład), miałem za gęste brwi i dziwny kształt paznokci u rąk – były to tego rodzaju rzeczy. Gdy, o ile dobrze pamiętam, doszedłem do dwudziestej siódmej niedoskonałości, zrobiło mi się niedobrze i zrezygnowałem. Oto, co wówczas pomyślałem: Jeśli tyle widocznych części mojego ciała odbiega od tego, co jest normą, kiedy zacznę roztrząsać inne swoje atrybuty – charakter, inteligencję, wytrzymałość i tym podobne – lista będzie nieskończenie długa.

Bycie szesnastolatkiem to bardzo kłopotliwy stan. Człowiek zamartwia się drobiazgami i nie potrafi określić obiektywnie, gdzie się akurat znajduje; staje się biegły w dziwnych, bezsensownych rzemiosłach i popada w niewolę niewytłumaczalnych kompleksów. Dorastając, uczy się metodą prób i błędów dostać to, czego chce, i odrzucać to, co niepotrzebne. Gdy zaczyna się rozpoznawać własne wady i godzić z faktem niemal nieskończonej liczby niedoskonałości, najlepiej zająć się swoimi mocnymi stronami i nauczyć żyć z tym, co się ma.

Haruki Murakami „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” (161-162)

Powinieneś napisać powieść

Potrafię dokładnie odtworzyć moment, w którym pomyślałem po raz pierwszy, że zdołałbym napisać książkę. Było to o wpół do drugiej po południu 1 kwietnia 1978 roku. Tego dnia siedziałem samotnie za parkanem pola zewnętrznego stadionu Jingu, pijąc piwo i przyglądając się grze. Stadion Jingu znajdował się blisko miejsca, w którym wówczas mieszkałem, a ja byłem stosunkowo wiernym kibicem drużyny Yakult Swallows. Był przepiękny wiosenny dzień, na niebie ani jednej chmurki, wiał ciepły wiatr. W tamtym czasie za polem zewnętrznym boiska nie było żadnych ławek, tylko trawiasty stok. Leżałem na trawie, sączyłem zimne piwo i zerkając raz po raz ku niebu, delektowałem się leniwie meczem. Spotkania Swallows nie przyciągały zazwyczaj wielu kibiców. Był to pierwszy mecz sezonu, a Swallows gościli drużynę Hiroshima Carp. Pamiętam, że miotaczem Swallows był Yasuda – niski, przysadzisty gracz sprytnie podkręcający piłkę. Z łatwością doprowadził do trzech nieudanych odbić w pierwszym półinningu, a w drugim pierwszym odbijającym Swallows był Dave Hilton, młody amerykański gracz występujący od niedawna w drużynie. Hilton posłał piłkę ku lewej linii pola. Trzask kija uderzającego piłkę w czuły punkt odbił się echem po stadionie. Hilton bez problemu obiegł pierwszą bazę i podciągnął do drugiej. I właśnie w tamtej chwili uderzyła mnie taka myśl: „Wiesz, co? Powinieneś napisać powieść”. Wciąż pamiętam bezkresne niebo, dotyk świeżej trawy i radosny trzask kija. Coś spadło wówczas z przestworzy i cokolwiek to było, przyjąłem ten dar.

Haruki Murakami „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” (33)

O czy myśli Murakami?

Dla odmiany (lecz czy jest to naprawdę odmiana?) czytam pamiętnik Haruki Murakamiego „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu”. Książka ta dokumentuje przygotowania autora do maratonu w Nowym Jorku w 2005 roku, ale nie tylko. Jest też pretekstem do przedstawienia drogi człowieka od niepisania do pisania, od niebiegania do biegania oraz pokrętnych ścieżek, jakimi chadza ludzka motywacja. Jeśli biegasz, książka ta przypadnie ci do gustu. Jeśli nie biegasz, być może przekona cię do biegania. Jeśli palisz papierosy, niewykluczone, że po jej lekturze rzucisz ten cuchnący nałóg. Zachęcam cię do sięgnięcia po tę krótką, ale ważną książkę. Oto cytat, który pozwoli ci wyrobić sobie zdanie na temat zgodności światopoglądu Murakamiego z twoimi przekonaniami:

O czym myślę, biegnąc? Zazwyczaj zadają mi to pytanie ludzie, którzy nigdy nie biegali na długich dystansach. Zawsze zastanawiam się nad nim głęboko. O czym dokładnie myślę, kiedy biegnę? Nie mam zielonego pojęcia.

Kiedy jest zimno, chyba myślę o tym, że jest mi zimno. I o tym, że jest mi gorąco w gorące dni. Kiedy jestem smutny, myślę trochę o smutku. Kiedy jestem wesół, myślę trochę o radości. Jak już wspomniałem wcześniej, wracają też do mnie przypadkowe wspomnienia. A bardzo rzadko – tak rzadko, że szkoda o tym mówić – wpadam na pomysł, który wykorzystuję w powieści. Mówiąc szczerze, kiedy biegnę, nie myślę o niczym wartym zapamiętania.

Biegnąc, nic nie robię, tylko biegnę. Zasadniczo biegnę w pustce. Innymi słowy, biegnę po to, żeby osiągnąć pustkę. Ale jak można się spodziewać, w takiej pustce myśli kryją się naturalnie. To oczywiste. W ludzkim umyśle nie może istnieć całkowita pustka. Emocje ludzkie nie są wystarczająco silne ani zintegrowane, żeby dać sobie radę z prawdziwą nicością. Chodzi mi o to, że myśli i idee, które wpływają na moje emocje, gdy biegnę, są podporządkowane pustce. Ponieważ brakuje im treści, są przypadkowymi myślami gromadzącymi się wokół pustki znajdującej się w środku.

Myśli, które przychodzą mi do głowy, kiedy biegnę, są jak chmury na niebie. Chmury o najrozmaitszych kształtach. Przychodzą i odchodzą, a niebo pozostaje zawsze takie samo. Chmury są tylko gośćmi na niebie, przepływają przez nie i znikają na zawsze, zostawiając za sobą niebo. Niebo jednocześnie istnieje i nie istnieje. Jest namacalne i nie jest. A my akceptujemy ten wielki ogrom i chłoniemy go.

Haruki Murakami „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu” (23-24)

Jako niestrudzony propagator GTD (metody Getting Things Done Davida Allena), czuję się w obowiązku dodać, że co istotniejsze chmury jesteś w stanie ocalić od zapomnienia, jeśli masz przy sobie jakieś urządzenie od zapisywania nawiedzających cię myśli. Szkoda, żeby ludzkość zmagała się latami z problemem, którego rozwiązanie rozbłysło w twojej głowie na szóstym kilometrze porannej przebieżki!