Miesiąc: Wrzesień 2010

Kapitalistyczny demon

Jako korporacja, Leland wchodził właśnie w drugie stulecie działalności, a nieprzerwany sukces, przez dekady politycznych i wojskowych wstrząsów, osiągał dzięki prostemu i konsekwentnemu wdrażaniu swoich podstawowych zasad ekonomicznych. Wiele lat temu jakiś absolwent MBA zatrudniony w firmie wydestylował te zasady do postaci wręcz spartańskiego twierdzenia:

„[Lud] / [Bogaci] = [Niskie pensje] / [Wysokie zyski]”

Dowód prawdziwości tego twierdzenia leżał na rachunkach bankowych i maklerskich na całym świecie.

Uznanie zarządzających funduszami Lelandu za ludzi niemoralnych byłoby nadmiernym uproszczeniem wizji świata. Postrzegali oni swoją pracę jako wkład w rozwój gospodarczy regionów zapóźnionych ekonomicznie, kluczowy dla postępu całej cywilizacji. Potwierdzeniem tego poglądu był fakt, że niemal każdy członek plemienia Bantu pytany o to, czego naprawdę pragnie, wymieniał telewizor i klimatyzację. Poza tym doskonale wiedział, że nie zdobędzie żadnej z tych rzeczy, polując na antylopy. I dodatkowe moralne uzasadnienie: ludzie z Trzeciego Świata wcześniej byli równie żądni krwi i dominacji, jak przed przybyciem obcych zwierzchników. Po prostu brakowało im organizacji i skutecznej broni, które teraz mogli zdobyć dzięki nisko oprocentowanym kredytom.

Poza tym zasoby naturalne powinny przecież trafiać tam, gdzie są najefektywniej wykorzystywane. To była esencja darwinowskiego modelu: przetrwają najlepiej dostosowani. Ale Darwin nie stworzył tego modelu, on go tylko odkrył. W rzeczywistości to ów model wykreował Darwina. Po prostu zawsze tak było i zawsze będzie. Bezradne słabe istoty są pożerane żywcem. Smutna prawda, ale nieunikniona.

A zresztą, co mogło zastąpić kapitalizm? Komunizm? Teokracja? Większość krajów Trzeciego Świata przeżyło już niemal śmiertelne wstrząsy pod rządami przedstawicieli obu tych idei. W końcu to komuniści zalali świat tanimi kałasznikowami w imię „wyzwolenia” mas. Jedynym trwałym efektem tej ideologii było to, że każdy mur między Kairem i Filipinami miał przynajmniej jeden ślad po kuli. Poza tym nic się nie zmieniło, bo te alternatywne systemy przekonań istniały wbrew ludzkiej naturze. I wbrew zwykłemu rozsądkowi. Każdy, kto kiedykolwiek dzielił się pizzą z kumplami w akademiku wie, że komunizm nie ma prawa funkcjonować. Gdyby Lenin i Marks pomieszkali wspólnie, być może udałoby się ocalić sto milionów ludzi i zaprząc ich do czegoś pożytecznego, choćby produkcji butów sportowych lub mebli do biur.

Daniel Suarez „Demon” (250-251)

Zacytowany powyżej emocjonalny manifest jest niereprezentatywnym cytatem z inspirującego intelektualnie techno-thrillera „Demon”. Daniel Suarez, programista i konsultant do spraw systemów informatycznych, przedstawił w nim ponury scenariusz zdobycia władzy nad światem poprzez przejęcie internetowych zasobów firm i organizacji za pomocą oprogramowania, które wywodzi się wprost z mechanizmów sztucznej inteligencji wbudowanych już dzisiaj w gry komputerowe. Włączenie wszystkiego do wspólnej sieci sprawia, że zanika różnica między tym, co realne, a tym, co wirtualne. Na przykład już teraz nie istnieją techniczne przeszkody, żeby niektóre skrzyżowania w grze symulującej wielkie miasto miały odwzorowanie w Warszawie czy San Francisco i żeby gracze (zarówno ludzie, jak i postacie wykreowane przez komputer) mogli wpływać na cykl pracy sygnalizatorów ulicznych.

Wszystkim interesującym się internetem, informatyką, grami komputerowymi, psychologią i współczesną cywilizacją szczerze polecam sięgnięcie po „Demona”. Nawet w polskim tłumaczeniu, choć w wielu miejscach gubi ono sens i profesjonalną terminologię oryginału. Ale może do wprowadzenia takich błędów zmusił polskich tłumaczy Demon, albo sam zmodyfikował tekst w cyfrowej drukarni…

Umrzeć bez bagażu

Czy wiesz, gdzie znajdują się najcenniejsze miejsca na ziemi?

Nie, to nie są pola naftowe.

Nie, to nie są centra wielkich miast.

Nie, to nie są obszary występowania złota, diamentów i innych cennych kruszców.

Tymi miejscami są cmentarze.

To tam spoczywają ludzkie marzenia, niespełnione nadzieje i nigdy niezrealizowane plany.

Cmentarze są przechowalnią bagażu, który ludzie zabrali ze sobą, odchodząc z tego świata. Świadomi tego, że nie wykorzystali możliwości, jakie świat ten dał im do dyspozycji.

To tam stoją pomniki żalu za przegapionymi okazjami. Pomniki zaniechań, zahamowań i odkładania na później.

To dlatego mowy pogrzebowe jakże często wyrażają smutek, że zmarły odszedł przedwcześnie, a przecież mógł jeszcze tak wiele dokonać. Znacznie rzadziej słyszymy, że opuścił nas człowiek spełniony, który nie zamiatał swoich marzeń pod dywan, tylko wytrwale je realizował.

Nie ciągnij ze sobą bagażu niespełnienia!

Podaruj sobie i światu swoją aktywność!

Jest tyle fajnych rzeczy do zrobienia!

Nie warto zabierać ich do grobu!

Poziomy kompetencji

Według George’a Leonarda, autora książki „Mastery”, możemy wyróżnić trzy poziomy kompetencji w danej dziedzinie:

  1. Student realizuje zadania krok po kroku, poświęcając wiele wysiłku na prawidłowe wykonywanie poszczególnych czynności.
  2. Naukowiec realizuje zadania poprawnie i instynktownie.
  3. Profesor realizuje zadania z łatwością, jednocześnie tłumacząc, jak należy wykonywać poszczególne czynności i dlaczego.

Istnieje też inna, czterostopniowa klasyfikacja poziomów kompetencji:

  1. Nieświadoma niekompetencja – nie zdajesz sobie sprawy z istnienia zadania, którego nie umiesz zrealizować.
  2. Świadoma niekompetencja – wiesz, czego nie umiesz, ale nie interesuje cię zmiana tego stanu rzeczy.
  3. Świadoma kompetencja – umiesz zrealizować zadanie ze skupieniem i uwagą (poziom ten odpowiada wyżej zdefiniowanemu poziomowi studenta.
  4. Nieświadoma kompetencja – realizacja zadania jest twoją drugą naturą, potrafisz wykonywać je z łatwością. Jeśli masz cierpliwość i skłonności pedagogiczne jesteś w stanie przekazywać swoje umiejętności innym.

A ty?

Na jakim poziomie kompetencji jesteś w swojej dziedzinie?

A na jakim chciałbyś być i co zamierzasz w tym kierunku zrobić?

Turysta XXI wieku

Spotkać TesTeqa na turystycznym szlaku jest trudno. Ostatnie takie zjawisko wystąpiło… w ubiegłym tygodniu. Korzystając ze służbowej okazji zdobyłem Równicę w Beskidzie Śląskim. A oto pouczająca anegdota z tej krótkiej i niezbyt wymagającej wyprawy.

Schodząc ze szczytu, spotkałem pokaźną grupę młodzieży gimnazjalnej, której przewodzili: pan przewodnik w czerwonym swetrze z dumnie błyszczącą na piersi odznaką przewodnika oraz pani nauczycielka. Uczniowie zwartą grupą zajmowali całą szerokość szlaku, słuchając barwnych opowieści specjalisty od spraw gór. Chcąc przedostać się przez ciżbę, powiedziałem „przepraszam” i przemknąłem niemal niepostrzeżenie. Niemal, ponieważ pani nauczycielka zwróciła się do podopiecznych:

– Dzieci przesuńcie się trochę, bo tamujemy ruch.

Na to pan przewodnik odparł:

– A po co? Mogą nas obchodzić.

Przyznam, że wypowiedź ta zmroziła moje serce. W młodości wpojono mi zasadę, że na szlaku, nartostradzie, ścieżce biegowej lub rowerowej należy zatrzymywać się tak, żeby nie przeszkadzać osobom będącym w ruchu. Nie chciałem jednak facetowi robić wstydu przy młodzieży, więc poszedłem dalej. Tymczasem grupa zaczęła podążać za mną, a pan przewodnik zdecydowanie wysforował się do przodu. W tej sytuacji zaczekałem na niego i gdy się zbliżył, zwróciłem mu delikatnie uwagę, że nie powinno się utrudniać ruchu na szlaku i należy z tą zasadą zapoznawać młodych adeptów turystyki.

I tu się zaczęło. Pan przewodnik przyjął moją wypowiedź bardzo osobiście i przeprowadził kontrakt pełną oburzenia salwą nieparlamentarnych argumentów osobistych, szczególnie troszcząc się o stan mojego umysłu.

Zawsze sądziłem, że profesjonalista powinien być otwarty na konstruktywną krytykę… W tym przypadku zawiodłem się bardzo i nie pozostało mi nic innego, jak podziękować panu przewodnikowi za pouczającą rozmowę i pójść w swoją stronę. Z oddali usłyszałem jeszcze pokrzykiwania, że jestem chory i w związku z tym powinienem się leczyć.

Myślę, że wydarzenie to świetnie ilustruje tezę mojego poprzedniego wpisu, że przywódca zawsze daje przykład – czy chce tego, czy nie. W tym przypadku rolę przywódcy pełnił specjalista od spraw gór z odznaką przewodnika. Swoją postawą pokazywał młodym ludziom, jak na szlaku powinien zachowywać się turysta XXI wieku.

Ale czymże jest taka niesmaczna chwila wobec majestatu wielkiej góry od wieków pochylonej nad doliną, którą płynie niepozorny potok zwany przez mieszkańców tej okolicy Wisłą…

Przywódca daje przykład

Przywódca daje przykład.

Zarówno dobry, jak i zły.

Czy chce tego, czy nie.

Nawet wtedy, gdy nie wymusza nagrodami i karami określonych zachowań podwładnych.

Wystarczy, że sam postępuje tak, a nie inaczej.

Daje przykład, gdy jest punktualny i gdy się spóźnia.

Daje przykład, gdy kłamie i gdy mówi prawdę.

Daje przykład, gdy jest sprawiedliwy i gdy krzywdzi swoich podwładnych.

Każdym słowem i czynem przywódca określa model zachowań w swojej organizacji i drużynie, w plemieniu, któremu przewodzi.

To wielka odpowiedzialność, z której powinieneś sobie zdawać sprawę.

Ale i wielka satysfakcja, gdy ludzie cię naśladują, gdy nie wybierają drogi na skróty, gdy idą przetartą przez ciebie ścieżką przyzwoitości.

Tak trzymaj!

Turbo Pascal 1.0

W 1982 roku młody francuski matematyk Philippe Kahn, wierząc w swoje umiejętności i szczęście, na podstawie wizy turystycznej przekroczył granicę Stanów Zjednoczonych. Bycie nielegalnym imigrantem zamknęło mu drogę do zgodnego z prawem zatrudnienia w firmie Hewlett-Packard, więc postanowił założyć własną firmę. Borland, bo tak zostało ochrzczone to przedsięwzięcie, miał zaoferować łatwe w użyciu i niedrogie narzędzia do pisania programów.

Żeby nie odkrywać Ameryki, Kahn zaproponował współpracę duńskiemu programiście Andersowi Hejlsbergowi, który dysponował własnoręcznie napisanym kompilatorem języka Pascal. Kompilator ten wbudowano w zintegrowane środowisko programistyczne, którego jądrem był pełnoekranowy edytor. Takiego kombajnu nikt przed nimi jeszcze nie skonstruował. W dodatku kompilator Hejlsberga był wielokrotnie szybszy od konkurencyjnego Microsoft Pascala.

Problem w tym, że nie wystarczy mieć znakomity produkt. Należy jeszcze poinformować o jego istnieniu potencjalnych nabywców. Kahn postanowił zainteresować Turbo Pascalem znanego felietonistę czasopisma „Byte” Jerry’ego Pournelle’a. Wysłał mu dyskietkę i po jakimś czasie otrzymał odpowiedź! Pournelle napisał entuzjastyczną recenzję, która miała zostać opublikowana za trzy miesiące – taki był cykl wydawniczy miesięcznika.

I w tym momencie objawił się marketingowy geniusz młodego Francuza. Z listem od felietonisty udał się do działu sprzedaży reklam „Byte’a” i, podpierając się treścią recenzji, wynegocjował zamieszczenie na drugiej stronie okładki czasopisma całostronicowej reklamy Turbo Pascala. NA KREDYT, ponieważ na tak prestiżowe działania promocyjne garażowej (dosłownie) firmy Borland nie było jeszcze wówczas w żadnym wypadku stać. Ale to nie koniec. Z zaakceptowanym przez „Byte’a” zamówieniem z odroczoną płatnością odbył pielgrzymkę po pozostałych redakcjach najpoważniejszych magazynów komputerowych wydawanych wówczas w Stanach Zjednoczonych. Wszyscy zgodzili się zamieścić jego ogłoszenia NA KREDYT!

20 listopada 1983 roku świat oprogramowania narzędziowego dla komputerów PC doznał jednego z najpoważniejszych wstrząsów: na rynku pojawił się Turbo Pascal 1.0 w zadziwiającej cenie $49.99. Według nieoficjalnych danych w ciągu pierwszego miesiąca Kahn ze wspólnikami sprzedali kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy pakietu i zarobili pierwszy milion. A Bill Gates miał okazję przez pół godziny wrzeszczeć na szefa rozwoju oprogramowania narzędziowego Grega Whittena, nie mogąc zrozumieć, dlaczego Microsoft nie potrafił stworzyć równie szybkiego i łatwego w użyciu kompilatora.

Dlaczego wam o tym opowiadam? Ano dlatego, żebyście zrozumieli, że każdy ma szansę na swój pierwszy milion, jeśli tylko z wiarą, determinacją i odwagą stworzy coś przydatnego innym ludziom i dołoży wszelkich starań, żeby ich o swoim dziele poinformować.

Ubieranie Kindelki – Kindle 3 Covers

Kindelka, jak każda niewiasta, powinna dysponować garderobą na każdą okazję. Firma Amazon przygotowała dla niej dwa fasony skórzanych okładek: standardową oraz wyposażoną w ledową latarkę. Okładki te występują w siedmiu kolorach: czarnym, pomarańczowym, brązowym, różowym, niebieskim, zielonym i czerwonym. Żeby ocenić ich przydatność, postanowiłem kupić jeden egzemplarz standardowy (w kolorze niebieskim za $34.99) i drugi – świecący (w kolorze pomarańczowym za $59.99). Taka jest skala mojego poświęcenia dla drogich czytelników BIZNESU BEZ STRESU! :-)

Oto Kindelkowe ubranka: po lewej niebieskie, standardowe, nieco mniejsze od pomarańczowego, świecącego, widocznego po prawej:

K3COVER1

A to widok z góry: czarny narożnik z tworzywa sztucznego to, schowana w tylnym skrzydle okładki, ledowa latarka do czytania, gdy oświetlenie zewnętrzne jest niewystarczające (pamiętajmy, że papier elektroniczny, tak jak papier papierowy, nie męczy wzroku, ponieważ nie świeci ani nie jest podświetlany od spodu):

K3COVER2

Na kolejnym zdjęciu widać, że okładka standardowa (u góry) ma czarne zaczepy do mocowania czytnika, zaś okładka świecąca zaczepy złocone, które służą także do zasilania ledowej latarki z baterii urządzenia:

K3COVER3

Tak wygląda Kindelka ubrana w niebieską okładkę standardową:

K3COVER4

A tak wygląda w tej okładce w ciemności:

K3COVER5

Na kolejnym zdjęciu Kindelka prezentuje się w okładce pomarańczowej:

K3COVER6

Żeby włączyć latarkę ledową należy ją wyciągnąć do oporu z obudowy. Sprężynujący wysięgnik ustawia światło pod odpowiednim kątem:

K3COVER7

Latarka jest dostatecznie jasna, żeby rozświetlić absolutne ciemności:

K3COVER8

Jednak oświetlenie całego ekranu nie jest równomierne. Treść w prawym górnym rogu widać doskonale (mimo odblasków na obudowie). Natomiast podczas czytania dolnych wierszy (szczególnie z lewej strony) niektóre osoby (na przykład ja) mogą odczuwać pewien dyskomfort:

K3COVER9

Czas na podsumowanie.

Uważam, że okładka z ledową latarką jest ciekawym rozwiązaniem koncepcyjnym, jednak nie będzie się sprawdzać w większości zastosowań. Jak często czytasz książki z latarką w ręku? No, chyba że pod kołdrą…

Okładka standardowa jest nieco lżejsza i dobrze zabezpiecza urządzenie przed nieszczęściami w podróży. Jednak i ona ma poważną wadę: waży co najmniej tyle, ile Kindelka. Podczas czytania ciężar ten daje się odczuć. Pamiętajmy, że Kindelka waży zaledwie 241 gramów – tyle co zeszyt o tej samej grubości (to zupełnie inna klasa niż iPad ważący 680 gramów).

Chciałbym, żeby ktoś zaoferował bardzo lekkie etui, które służyłoby głównie do ochrony ekranu Kindle 3 przed uszkodzeniem. To, moim zdaniem, byłby strzał w dziesiątkę.

I jeszcze jedno: zaczepy okładek Kindle 3 są rozstawione szerzej niż w przypadku Kindle 2, więc nie da się użyć starej okładki do ochrony nowej wersji czytnika.