Rok: 2009

Konsultant z o.o.

Jeśli przyjdzie ci kiedyś korzystać z usług konsultanta, doradcy, mentora lub lajfkołcza, pamiętaj o następujących sprawach:

  1. Rady, które otrzymasz, oparte będą na osobistych doświadczeniach i wiedzy konsultanta. Nawet jeśli udzielone zostaną w najlepszej wierze, mogą nie pasować do twojej sytuacji, strategii życiowej i poglądów. Może też się zdarzyć, że trafisz w sidła osoby nieuczciwej, której głównym celem jest jak najdłuższe doradzanie, a nie rozwiązywanie twoich problemów.
  2. Konsultant odpowiada za udzielenie ci rady, ty za podjęte działania. Nikt nie będzie słuchał twoich usprawiedliwień, jeśli podjąłeś błędne decyzje na podstawie niewłaściwych rad. Odpowiedzialność konsultanta jest ograniczona do jego reputacji, twoja wykracza znacznie dalej.
  3. Zatrudniając konsultanta, przyjrzyj się jego kwalifikacjom. Czasami już na pierwszy rzut oka widać, że jego kompetencje mogą być wątpliwe. Na przykład twierdzi, że jego zadowolonymi klientami są, odnoszący wspaniałe sukcesy, prezesi i menedżerowie z najwyższej półki, a jednocześnie szczyci się tym, że nie przepracował ani jednego dnia „na etacie”. Tymczasem należy osobiście zanurzyć się w oceanie wyzwań i samemu poczuć codzienny smak pracy w korporacji, żeby udzielać skutecznych rad w tym zakresie. Doskonałym źródłem wiedzy na temat kompetencji konsultanta może być jego blog, jeśli takowy prowadzi (a powinien). Czy jego teksty charakteryzują się należytą starannością i dbałością o język? Są autorzy, którzy z ochotą dbają o język w blogowych komentarzach, nie przejmując się nagminnymi literówkami i błędami gramatycznymi w swoich tekstach. Czy argumentacja jest spójna i przejrzysta? Czy wpisy zawierają solidną dawkę wiedzy, a nie luźny zbiór obiegowych banałów?
  4. Strzeż się konsultantów pozbawionych poczucia humoru i dystansu do własnej osoby. Takich, którzy każdy, nawet życzliwy dowcip na swój temat gromią stwierdzeniami o powadze „zagadnień, które tu omawiamy” i o groźnych skutkach rozpowszechniania nieprawdziwych informacji.

Dom nad rozlewiskiem

W niedzielne wieczory, w porze największej oglądalności, za sprawą serialu „Dom nad rozlewiskiem” pierwszy program TVP przenosi swoich widzów w piękne, mazurskie plenery. Nie zajmowałbym was, Drodzy Czytelnicy, tym łatwym do samodzielnego sprawdzenia faktem, gdyby nie bliska mojemu sercu nazwa miejscowości, w pobliżu której toczy się akcja widowiska. To Pasym. Miasto w połowie drogi między Olsztynem a Szczytnem, malowniczo położone nad jeziorem Kalwa. To miejsce, gdzie spędziłem większość swoich wakacji. To miejsce, gdzie po raz pierwszy:

  • złowiłem taaaaką rybę;
  • samodzielnie płynąłem łodzią wiosłową i rowerem wodnym, sterowałem żaglówką i motorówką;
  • alkohol (cherry na winiaku) zaburzył moje poczucie równowagi;
  • stanąłem na desce windsurfingowej;
  • będąc świeżo upieczonym kierowcą, zbyt szybko, lecz na szczęście bez konsekwencji przejechałem nieoczekiwanie ostry zakręt drogi;
  • w blasku zachodzącego słońca wyrzeźbiłem tęczę w fontannie tryskającej spod wodnej narty rozcinającej gładką, przedwieczorną toń;
  • zabrałem dziewczynę na samotny rejs po jeziorze;
  • kupiłem piwo w wiadrze (ach, te okresowe, permanentne niedobory – nawet piwa w butelkach brakowało) i wódkę w restauracji, wyrzucając obowiązkowego śledzika do beczki pełnej śledzików;
  • zmierzyłem się z nieprzeniknioną, bezgwiezdną ciemnością mazurskiego lasu;
  • obszedłem na piechotę jezioro i zrozumiałem, że buty nie muszą być piękne – wystarczy, że będą wygodne;
  • wdrapałem się na „kurhan pod wysokim napięciem” i zobaczyłem, że z góry widać więcej i wiatr wolności przyjemnie rozwiewa tam włosy.

Tak, nie da się zapomnieć takich chwil i niezależnie od tego, jak potoczą się dalsze losy bohaterów serialu, zawsze będę tam widział siebie i wspominał czasy, kiedy wszystko było takie… pierwsze.

Dom Nad Rozlewiskiem - Pasym

ZTD Moleskine

W niedawnym wpisie Nowe Moleskiny zapowiedziałem przedstawienie jeszcze jednego nowego produktu Moleskine. Publikując „Wakacyjny kurs ZTD”, zastanawiałem się, jaki papierowy terminarz byłby najwygodniejszy jako narzędzie implementacji metody Zen To Done. Każdy dzień roku powinien mieć w nim oddzielną stronę, ale z drugiej strony książeczka zawierająca 365 stron jest gruba i nieporęczna. Doszedłem wówczas do wniosku, że wygodny byłby terminarz złożony z 12 miesięcznych zeszytów. Nie wiem, czy ktoś mi w głowie założył podsłuch, ale firma Moleskine przygotowała na rok 2010 właśnie taki zestaw: Moleskine Colour a Month Pocket Daily Planner:

Moleskine Colour a Month Pocket Daily Planner 0

Obłożone w miękkie, kolorowe okładki miesięczne terminarze doskonale mieszczą się w kieszeni lub teczce i pozwalają na lekkie i skuteczne wdrożenie metody ZTD:

Moleskine Colour a Month Pocket Daily Planner 1

Każdy miesięczny zeszyt zawiera:

  • miejsce na dane osobiste właściciela (1 strona);
  • kalendarz 2010 (2 strony);
  • terminarz 2010 (6 stron, 2 miesiące na stronie, 1 półlinia na każdy dzień roku);
  • międzynarodowy wykaz świąt (2 strony);
  • kalendarz 2011 (2 strony);
  • terminarz 2011 (6 stron, 2 miesiące na stronie, 1 półlinia na każdy dzień roku);
  • tabelę planowania podróży (2 strony);
  • mapę stref czasowych (2 strony);
  • tabelę odległości między najważniejszymi miastami (1 strona) – nie wiem po co;
  • tabelę międzynarodowych kodów telefonicznych, krajowych domen internetowych i oznaczeń na samochodowych tablicach rejestracyjnych (1 strona);
  • tabelę konwersji jednostek miar (w tym oś liczbową do przeliczania stopni Celsjusza na Fahrenheita i z powrotem) (1 strona);
  • tabelę rozmiarów ubrań i obuwia (1 strona);
  • linijkę calowo-centymetrową na krawędzi kartki (1 strona)
  • do 31 stron terminarza dziennego;
  • kilka stron na dodatkowe notatki.

Oczywistą wadą tego rozwiązania jest wysoka cena, będąca odbiciem wysokiej jakości wykonania i marketingowej siły marki Moleskine. Osoby, które uważają, że wydanie 100 złotych na 12 cienkich zeszycików jest grubą przesadą, mogą samodzielnie skonstruować podobny terminarz, korzystając z oferty sklepów papierniczych lub hipermarketów. Moim zdaniem idea podziału roku na mniejsze odcinki czasu jest dobrym pomysłem. Dzięki temu system jest wygodniejszy i bezpieczniejszy, a zagubienie jednego zeszytu znacznie mniej boli niż utrata zapisków z całego roku.